Słysząc znajomy głos za swoimi plecami, Richard na chwilę zamilkł, rozpoznając znajomy sobie głos. Odwrócił się, aby spojrzeć na osobę, która wypowiedziała jego imię.
- Martin.Odparł jakby nie spodziewał się go tutaj spotkać, a właściwie nie powinien być tym faktem zaskoczony. To miejsce Eriksen często odwiedzał. Nie uprzedził go, że wraca do tego kraju. Ostatni list, jaki mu wysłał, był u końca sierpnia. Jakby informacja, że poniósł w swojej rodzinie stratę. Jakby też z nim potrzebował się z tym podzielić. W końcu i Eriksen, stracił w swoim życiu drogie mu osoby i w której zemście, Mulciber pomógł dokonać. Pogodzenie się ze stratą, nie było łatwe. Richard to właśnie doświadczył. Bardziej źle przeżywał śmierć brata, niżeli własnej żony. Było to po nim widać.
Vigo obserwował byłych aurorów, przeskakując wzrokiem z jednego na drugiego i z powrotem. Zauważając, że Martin po zobaczeniu tutaj Richarda, wyglądał na zaskoczonego. Nie przejmował się brakiem osobistego powitania.
- Może potrzebujecie przestrzeni, aby porozmawiać?Vigo zapytał ich obojga w języku norweskim, czekając na decyzję. Mogąc im udostępnić na jakąś chwilę jedno z pomieszczeń.
Richard spojrzał na tatuatora, właściciela tego miejsca.
- Nie… Znaczy…
Zawiesił się na chwilę, wracając spojrzeniem na Martina. Nie chcąc może, żeby źle to odebrał. Kontynuując mowę w języku norweskim.
- Porozmawiamy później. Ja już wychodzę.
Zaznaczył, nie chcąc zabierać im czasu, jeżeli byli umówieni, skoro Eriksen pojawił się tutaj. Mulciber upewnił się, czy odpowiednio zapłacił za usługę i po prostu wyszedł, chowając sakwę do kieszeni spodni, poprawiając i zapinając swój czarny płaszcz.
Richard nie miał nastroju na przyjacielskie spotkania. Wiedział jednak, że kolega najpewniej nie odpuści. Tak też się stało. Martin go dogonił i zatrzymał. Przez pewną chwilę mężczyźni patrzyli sobie w oczy. Stęsknione spojrzenie Martina, widziało w oczach Richarda ból i rozpacz. Mulciber wyminął go bez słowa. Eriksen nie odpuszczał. Zadawał pytania, dlaczego go unika. Co się wydarzyło i co robił akurat w tym miejscu, skoro go nie szukał? Bo gdyby tak było, nie unikałby go.
Wtedy Richard stanął i spojrzał na niego. Odparł krótko, że stracił brata jak i chęć do życia. A obecność przyjaciela, nie zaleczy tych ran. Richard wiedział jakimi uczuciami i jaką relacją darzy jego osobę Martin. Dlatego od razu też dał mu do świadomości, że nic z tego nie będzie. Serce Richard miał przeznaczone tylko dla własnego bata-bliźniaka. I do swojej śmierci to się nie zmieni. Nie krył się ze swoją żałobą. Co było również widać.
Nim opuścił tę okolicę na dobre, rzucił jedynie adres knajpy norweskiej, gdzie zawsze się spotykali na piwie. Jakby dawał nadzieję koledze po fachu, że mogą dopiero wtedy porozmawiać. Martin zgodził się.
Spotkali się wieczorem. Przy piwie na męskiej rozmowie. Jeden opowiedział drugiemu jak sobie życie ułożył. To samo zrobił Richard, wspominając ponownie śmierć brata. Utratą tym samym swojego celu w życiu. Miał cały majątek ich gałęzi, kamienicę i sklep, ale nie miał najważniejszego. Brata.
Wspomniał również o problemach z synami. Jak zepsuły się między nimi relacje. Jeżeli wciąż chciał ich mieć po swojej stronie, musiał to naprawić. I choć Marin na ojcostwie za dobrze się nie znał, pokazał jednak że wujkiem być dobrym potrafił.
Przy tej szczerej rozmowie, Richardowi jakoś ulżyło. Być może pozbiera się i zacznie żyć ale inaczej. Decyzje będzie musiał podejmować sam i to znacznie więcej. Będzie musiał rozważyć na nowo zatrudnienie się w biurze Aurorów, aby zarabiać więcej. Z samej sprzedaży świec i kadzideł, nie utrzyma własnego domu i rodzinnej kamienicy w Anglii. A że została naznaczona klątwą, to tylko zabezpiecza ją przed intruzami i grabieżą. Opuszczając Londyn, Richard całą kamienicę zabezpieczył zaklęciami ochronnymi.
Po odbytej rozmowie, która zeszła im dobre godziny, przy sporej ilości alkoholu, Martin odprowadził nieco pijanego już Richarda. Nieunikniony był opierdol od Leonarda, który na widok pijanego ojca, nie był zadowolony. Martinowi jednak chłopcy podziękowali i odbyli z nim własną rozmowę, uprzedzając, że Richard nie powinien tyle pić. Z punktu widzenia Leonarda, wyszkolonego uzdrowiciela, alkohol nie był lekarstwem na ból straty. Lecz musiał przyznać, że w takim stanie nigdy ojca nie widział. Nie rozpaczał tak mocno po stanie żony, a ich matki, jak przy bracie.
Dnia następnego, z samego rana, Richard leczył kaca. I choć sobie zaplanował kilka spotkań, musiał je przesunąć w terminach lub godzinach. Ponownie musiał nasłuchać się starszego syna, który najwyraźniej miał już dość tego wszystkiego. Jeżeli Richard się nie ogarnie, to starszy syn zdecyduje się na wyprowadzkę. Charles przywiązany do ojca od małego, nie bardzo chciał takiego rozwiązania. Skrzywdzony najbardziej, wciąż chciał pozostać przy ojcu.
Czy Richard wyciągnie z tego wnioski? Czas pokaże.