01.10.2025, 01:55 ✶
Kwestia tego, w jaki sposób postanowią powitać na świecie ich dziecko, z pewnością była kolejnym tematem do odnotowania na coraz dłuższej liście. Czymś, co musieli poruszyć, nawet jeśli Roise był niemal pewien, że pąkiel miał mieć swoje własne plany i nieważne, jak bardzo mogli przygotować się na ten wielki dzień, wszystko miało ułożyć się wedle życzenia ich pociechy. Nie ich własnego.
To akurat wiedział o dzieciach, szczególnie tak upartych, jakim niewątpliwie miało być... ...miała być ich córka. Wierzył w przeczucie Geraldine, tak? Nie miał podstaw, aby tego nie robić, prawda? Tyle też zdążył się nauczyć przez te wszystkie lata. Kobiety miały wyjątkowo mocny dar przewidywania takich rzeczy. Tak mocny jak ich potomstwo miało w robieniu wokół siebie całej wielkiej sceny.
Mogli zaplanować okoliczności porodu, ustalić wszystkie szczegóły, a i tak skończyć w chaotycznej sytuacji, w której nawet jego uzdrowicielskie opanowanie miało być nic nie warte. To nie do końca zależało od nich samych i ich możliwości, nawet jeśli w jego uszach wciąż brzmiały słowa ciotki. Upomnienie o konieczności odbycia tej konkretnej wizyty albo wezwania magomedyka do domu. Tyle tylko, że odpowiedniego człowieka cholernie ciężko było znaleźć.
Nie, nie miał zbyt wygórowanych wymagań. Po prostu był zachowawczy. I miał oczekiwania. Swoje warunki. Potrzeby. Wymogi.
No, to po prostu nie było aż takie łatwe. A przecież nie mógł powierzyć rodziny byle komu. Tak, starał się być odpowiedzialny, nawet jeśli to wszystko wciąż było dla niego nowe i nie do końca wiedział, co powinien robić. Zawodowe doświadczenie teoretycznie powinno mu pomagać, w końcu sam pracował jako prywatny uzdrowiciel, jednakże fakty były nieco inne. Zamiast mieć ułatwiony wybór, być może rzeczywiście trochę zbyt mocno skupiał się na tym, aby było jak najlepiej.
Z drugiej strony? Minął dopiero dzień. Do ślubu z pewnością mieli kogoś znaleźć. Mhm.
A później? Liczył na to, że z czasem po prostu odnajdą się w całej sytuacji. W końcu nie byli w niej pierwszymi ani ostatnimi. Znał zdecydowanie zbyt wiele osób, które w jego oczach miały znacznie mniej rodzicielskich predyspozycji. Oni przynajmniej rzeczywiście próbowali. Mogli być spokojni.
- Będzie - kiwnął głową. - Ale jednocześnie nie mów mi, że nie będzie ubawiony, widząc nasze próby - no cóż, przynajmniej miał tę świadomość i nie czuł się z tym źle, zdawał sobie sprawę z tego, że to nie miał być łagodny, delikatny i obrazkowy proces.
Nie, wychowanie dzieci miało swoje zalety, ale zdążył już zauważyć, ile tak właściwie trzeba było mieć do tego cierpliwości. Nie wątpił, że mieli mieć okazję skorzystania z wszelkich zasobów. A to zawsze był zabawny widok.
Nie mogła wmówić mu inaczej. Gerard miał być dumny, ale... ...cholera... ...ubaw też był gwarantowany. Bez wątpienia. Miał co do tego tę samą pewność, co do faktu, że Cornelius nie miał być zadowolony z planu wciśnięcia psiego dziecka jego synowi. I tego, że sam Fabian miał być za–chwy–co–ny. Najlepsza chrzestna, tak? No naprawdę. Naprawdę naprawdę.
- Kupię mu konia - odparł bez zająknięcia, nawet jeśli nieznacznie drgnęła mu przy tym powieka. - Kucyka - nie, to nie brzmiało dostatecznie dobrze, było zdecydowanie za mało spektakularne, zwłaszcza, jeśli musiało przebić szczeniaka. - Hipogryfa - poprawił się zatem, starając się zachować jak najbardziej poważny wyraz twarzy i nie wstrząsnąć ramionami.
Nie, nie sądził, aby Rina była w stanie kupić jego zapewnienia. Być może większość ludzi widziałaby w nich coś chociaż trochę prawdopodobnego. Dopatrywałaby się w tym częściowej możliwości, prawdziwości we wspomnieniu o kucyku lub koniu. Ale Yaxley? Yaxleyówna, niestety, zbyt dobrze go znała. Doskonale wiedziała, że za cholerę nie kupiłby Fabianowi podobnego prezentu, nawet jeśli młody Lestrange mieszkałby w Wielkiej posiadłości i miałby własną stajnię.
Więc?
Więc może? Może nie blefował? Być może grał elementem zaskoczenia? Skąd mogła wiedzieć, że przez ostatnie lata nie wyzbył się swojej awersji do parzystokopytnych? No, właśnie tak. Tak, tak. Zdecydowanie. Zdecydowanie tego nie zrobił, ale chciał zobaczyć wyraz jej twarzy, gdy mówił coś tak nieprawdopodobnego, że aż absurdalnie przekornego.
- Będzie trzymać go w Exmoor. Wiadomo, że nie na Horyzontalnej - stwierdził od razu, uprzedzając ewentualne pytania. - Londyńska kamienica Ursuli spłonęła. Tak jak moje mieszkanie. Ciotka zapewne zostanie tu na dłużej, ma wiele budynków gospodarczych, a więc... ...stajnie. Hipogryf, kucyk, koń nie zaszczy podłóg Corneliusa. Skrzaty ogarną boks. Młody będzie szczęśliwy. A ja wygram ten kontest - brzmiało idealnie, nieprawdaż?
A to jeszcze nie był koniec.
- Twój szczeniak będzie biegać za moim koniem - dodał, choć w tym wypadku trudno mu już było zachować całkowitą powagę.
Zarówno określenie szczeniak jak i słowa mój koń umieszczone obok siebie w jednym zdaniu brzmiały raczej...
...niefortunnie.
Szczególnie, gdy do głowy cisnęła mu się myśl, że to on. On sam. On nie tak dawno zachowywał się jak szczeniak. Był szczeniakiem. Zarówno w tym zabawnym, jak i trochę bardziej ironicznym sensie. W obu zdecydowanie do tej tu oto dziewczyny. A jego koń?
No cóż.
Mógłby się nad tym rozwodzić. Niestety (albo stety) nie była to właściwa pora. Zresztą, ich dyskusja sama w sobie zaczęła przybierać wyjątkowo interesującą formę. Nie musiał od niej odbiegać. Rina sama podsuwała mu całkiem smaczne kąski (smaczki?), do których mógł się odnieść.
- Śmiałe założenie, że ma serce. To Rookwood, nawet jeśli farbowany - rzucił w pierwszej chwili, raczej bardzo odruchowo, chociaż zdecydowanie wiedział, do czego zmierza; otóż do kolejnej, jakże ambitnej dyskusji. Sama ją sprowokowała, prawda? - Ale tak, na ogół istnieje ono w klatce piersiowej, więc teoretycznie wszędzie je ze sobą nosi - w dosłownym rozumieniu toku myślenia, za którym postanowiła podążyć, Geraldine nie można było zarzucić braku racji.
A więc oczywiście, że zamierzał to zrobić.
- Jego dom jest wszędzie brzmi, jakby był Morganą albo Merlinem. Matką Naturą. Innym bytem nadprzyrodzonym, któremu złożysz psa w ofierze, przepraszam, w darze. A przecież i one mają swoje świątynie - uniósł brew, pozostawiając sobie jeszcze jeden argument; dom jest tam, gdzie serce twoje zdecydowanie rozwiązywało problem bezdomności, hm?
To akurat wiedział o dzieciach, szczególnie tak upartych, jakim niewątpliwie miało być... ...miała być ich córka. Wierzył w przeczucie Geraldine, tak? Nie miał podstaw, aby tego nie robić, prawda? Tyle też zdążył się nauczyć przez te wszystkie lata. Kobiety miały wyjątkowo mocny dar przewidywania takich rzeczy. Tak mocny jak ich potomstwo miało w robieniu wokół siebie całej wielkiej sceny.
Mogli zaplanować okoliczności porodu, ustalić wszystkie szczegóły, a i tak skończyć w chaotycznej sytuacji, w której nawet jego uzdrowicielskie opanowanie miało być nic nie warte. To nie do końca zależało od nich samych i ich możliwości, nawet jeśli w jego uszach wciąż brzmiały słowa ciotki. Upomnienie o konieczności odbycia tej konkretnej wizyty albo wezwania magomedyka do domu. Tyle tylko, że odpowiedniego człowieka cholernie ciężko było znaleźć.
Nie, nie miał zbyt wygórowanych wymagań. Po prostu był zachowawczy. I miał oczekiwania. Swoje warunki. Potrzeby. Wymogi.
No, to po prostu nie było aż takie łatwe. A przecież nie mógł powierzyć rodziny byle komu. Tak, starał się być odpowiedzialny, nawet jeśli to wszystko wciąż było dla niego nowe i nie do końca wiedział, co powinien robić. Zawodowe doświadczenie teoretycznie powinno mu pomagać, w końcu sam pracował jako prywatny uzdrowiciel, jednakże fakty były nieco inne. Zamiast mieć ułatwiony wybór, być może rzeczywiście trochę zbyt mocno skupiał się na tym, aby było jak najlepiej.
Z drugiej strony? Minął dopiero dzień. Do ślubu z pewnością mieli kogoś znaleźć. Mhm.
A później? Liczył na to, że z czasem po prostu odnajdą się w całej sytuacji. W końcu nie byli w niej pierwszymi ani ostatnimi. Znał zdecydowanie zbyt wiele osób, które w jego oczach miały znacznie mniej rodzicielskich predyspozycji. Oni przynajmniej rzeczywiście próbowali. Mogli być spokojni.
- Będzie - kiwnął głową. - Ale jednocześnie nie mów mi, że nie będzie ubawiony, widząc nasze próby - no cóż, przynajmniej miał tę świadomość i nie czuł się z tym źle, zdawał sobie sprawę z tego, że to nie miał być łagodny, delikatny i obrazkowy proces.
Nie, wychowanie dzieci miało swoje zalety, ale zdążył już zauważyć, ile tak właściwie trzeba było mieć do tego cierpliwości. Nie wątpił, że mieli mieć okazję skorzystania z wszelkich zasobów. A to zawsze był zabawny widok.
Nie mogła wmówić mu inaczej. Gerard miał być dumny, ale... ...cholera... ...ubaw też był gwarantowany. Bez wątpienia. Miał co do tego tę samą pewność, co do faktu, że Cornelius nie miał być zadowolony z planu wciśnięcia psiego dziecka jego synowi. I tego, że sam Fabian miał być za–chwy–co–ny. Najlepsza chrzestna, tak? No naprawdę. Naprawdę naprawdę.
- Kupię mu konia - odparł bez zająknięcia, nawet jeśli nieznacznie drgnęła mu przy tym powieka. - Kucyka - nie, to nie brzmiało dostatecznie dobrze, było zdecydowanie za mało spektakularne, zwłaszcza, jeśli musiało przebić szczeniaka. - Hipogryfa - poprawił się zatem, starając się zachować jak najbardziej poważny wyraz twarzy i nie wstrząsnąć ramionami.
Nie, nie sądził, aby Rina była w stanie kupić jego zapewnienia. Być może większość ludzi widziałaby w nich coś chociaż trochę prawdopodobnego. Dopatrywałaby się w tym częściowej możliwości, prawdziwości we wspomnieniu o kucyku lub koniu. Ale Yaxley? Yaxleyówna, niestety, zbyt dobrze go znała. Doskonale wiedziała, że za cholerę nie kupiłby Fabianowi podobnego prezentu, nawet jeśli młody Lestrange mieszkałby w Wielkiej posiadłości i miałby własną stajnię.
Więc?
Więc może? Może nie blefował? Być może grał elementem zaskoczenia? Skąd mogła wiedzieć, że przez ostatnie lata nie wyzbył się swojej awersji do parzystokopytnych? No, właśnie tak. Tak, tak. Zdecydowanie. Zdecydowanie tego nie zrobił, ale chciał zobaczyć wyraz jej twarzy, gdy mówił coś tak nieprawdopodobnego, że aż absurdalnie przekornego.
- Będzie trzymać go w Exmoor. Wiadomo, że nie na Horyzontalnej - stwierdził od razu, uprzedzając ewentualne pytania. - Londyńska kamienica Ursuli spłonęła. Tak jak moje mieszkanie. Ciotka zapewne zostanie tu na dłużej, ma wiele budynków gospodarczych, a więc... ...stajnie. Hipogryf, kucyk, koń nie zaszczy podłóg Corneliusa. Skrzaty ogarną boks. Młody będzie szczęśliwy. A ja wygram ten kontest - brzmiało idealnie, nieprawdaż?
A to jeszcze nie był koniec.
- Twój szczeniak będzie biegać za moim koniem - dodał, choć w tym wypadku trudno mu już było zachować całkowitą powagę.
Zarówno określenie szczeniak jak i słowa mój koń umieszczone obok siebie w jednym zdaniu brzmiały raczej...
...niefortunnie.
Szczególnie, gdy do głowy cisnęła mu się myśl, że to on. On sam. On nie tak dawno zachowywał się jak szczeniak. Był szczeniakiem. Zarówno w tym zabawnym, jak i trochę bardziej ironicznym sensie. W obu zdecydowanie do tej tu oto dziewczyny. A jego koń?
No cóż.
Mógłby się nad tym rozwodzić. Niestety (albo stety) nie była to właściwa pora. Zresztą, ich dyskusja sama w sobie zaczęła przybierać wyjątkowo interesującą formę. Nie musiał od niej odbiegać. Rina sama podsuwała mu całkiem smaczne kąski (smaczki?), do których mógł się odnieść.
- Śmiałe założenie, że ma serce. To Rookwood, nawet jeśli farbowany - rzucił w pierwszej chwili, raczej bardzo odruchowo, chociaż zdecydowanie wiedział, do czego zmierza; otóż do kolejnej, jakże ambitnej dyskusji. Sama ją sprowokowała, prawda? - Ale tak, na ogół istnieje ono w klatce piersiowej, więc teoretycznie wszędzie je ze sobą nosi - w dosłownym rozumieniu toku myślenia, za którym postanowiła podążyć, Geraldine nie można było zarzucić braku racji.
A więc oczywiście, że zamierzał to zrobić.
- Jego dom jest wszędzie brzmi, jakby był Morganą albo Merlinem. Matką Naturą. Innym bytem nadprzyrodzonym, któremu złożysz psa w ofierze, przepraszam, w darze. A przecież i one mają swoje świątynie - uniósł brew, pozostawiając sobie jeszcze jeden argument; dom jest tam, gdzie serce twoje zdecydowanie rozwiązywało problem bezdomności, hm?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down