01.10.2025, 06:32 ✶
Całe życie próbowała dojść do porozumienia ze sobą, czym była dla niej śmierć. Jak straszliwe wydawało jej się niebycie; kiedy ciało przestawało poruszać się i stawało się lżejsze o tych 21 gramów. Było coś wgryzającego się do kości w szklanych, pozbawionych blasku oczach. A odejście? Ono pozostawało wielką niewiadomą. Kiedy zapytać by duchów, co znajdowało się po drugiej stronie, odpowiadały milczeniem lub zwyczajną niewiedzą. Cokolwiek więc było za zasłoną było albo pustką, tą samą która tkwiła martwych oczach, albo czymś co wyżynało człowieczeństwo i wspomnienia, które składały się na osobę. Wszystko to było straszliwe i nieprzyjemne, przypominające raczej wieczną katorgę niż obiecany spokój.
Żywe trupy z Windermere w niczym nie przypominały żywych trupów, które tak dobrze znała Ambrosia. Nie były ghoulami, które znajdowała przy rodzinnym stole i w Kościanym Zamtuzie. Nie były wampirami, z którymi żartobliwie rozkładała tarota lub prosiła o popilnowanie Ataraxii. Były abominacją, której ktoś nie oddał duszy, a zmusił bezwzględnie do działania według własnego widzimisię.
Może kochała życie aż za bardzo, a może przyzwyczaiła się do tego, że ludzie zostają z nią nawet po śmierci. Może nie wszyscy, ale zdecydowana większość tych ważnych i jej bliskich. Kiedy mówiła, że kochała aż po grób to znaczyło to ni mniej ni więcej tyle, że gotowa była kogoś z tego dołu wyciągnąć, tylko po to by dać mu kolejną szansę. Była gotowa na nowo otworzyć zasłonę by znowu zobaczyć w jego oczach życie.
Wszyscy znali bajkę o trzech braciach, ale każdy interpretował ją inaczej. Kamień wskrzeszenia nie był dla McKinnonów nigdy czymś, co lepiło nieszczęśliwą dziewczynę z krwi i kości. Dla nich zawsze była duchem - nieszczęśliwym, że niedokończone sprawy i miłość trzymały ją w tym pustym, niezdolnym do przeżywania życia stanie. Nie należała do świata żywych i cierpiała oddalona od świata zmarłych - z tym Ambrosia akurat się zgadzała. Każdy duch powinien wrócić tam skąd przyszedł, jeśli nie posiadał swojego ciała.
Nie raz wyobrażała sobie, że nie musi przechodzić na drugi świat. Tkwił w niej od zawsze jakiś żal, że dar matki rozbrzmiał w niej głośno i wyraźnie, pozwalając jej dostrzegać tę drugą, wypaczoną okropnie stronę. Tam nic nie było tak jak powinno i niewiele było tam radości. Była pustka i powykręcane ręce cieni. Nie chciała tam być - nigdy. Marzyła więc, że była dokładnie taka sama jak ojciec, Hades lub Oliver. Marzyła, że zwyczajnie pasowała.
Drgnęła, czując na karku jego dłoń. Rozlewające się powoli ciepło, które - o zgrozo, było tak inne od chłodu, które biło od skóry Louvaina. Nienawidziła go w tym momencie za to, że zdawała się bardziej znać teraz tendencje tego drugiego, niż Alexandra. Ich oboje w sumie.
- Nie wiem czy jest sens. Zastanawiam się czy nie zrobić sobie przerwy - odpowiedziała, nie przerywając jednak swojej pracy. Mogła zrobić to różdżką, ale po co właściwie? Repetycyjność tylko uspokajała. Ale potem na moment zamarła, w pół ruchu z pędzelkiem w palcach, między buteleczką a następną literą. No tak, mogła się spodziewać. Ale w nocy, kiedy ogień płonął, świat wydawał się o wiele gorszy, okrutny i pozbawiony miłości. - Ktoś przypisuje sobie twoje zasługi za twoimi plecami - powiedziała powoli, na moment podnosząc tylko na niego wzrok, jakby to wcale nie było nic takiego. Drobna uwaga. Świat wydawał się w nocy pozbawiony miłości, może dlatego mówiła dalej - A Louvain może i jest okrutny, ale nie jest marnotrawny. A podejrzenia o kontakty ze Śmierciożercami pewnie popsułyby mu dużo rzeczy.
Żywe trupy z Windermere w niczym nie przypominały żywych trupów, które tak dobrze znała Ambrosia. Nie były ghoulami, które znajdowała przy rodzinnym stole i w Kościanym Zamtuzie. Nie były wampirami, z którymi żartobliwie rozkładała tarota lub prosiła o popilnowanie Ataraxii. Były abominacją, której ktoś nie oddał duszy, a zmusił bezwzględnie do działania według własnego widzimisię.
Może kochała życie aż za bardzo, a może przyzwyczaiła się do tego, że ludzie zostają z nią nawet po śmierci. Może nie wszyscy, ale zdecydowana większość tych ważnych i jej bliskich. Kiedy mówiła, że kochała aż po grób to znaczyło to ni mniej ni więcej tyle, że gotowa była kogoś z tego dołu wyciągnąć, tylko po to by dać mu kolejną szansę. Była gotowa na nowo otworzyć zasłonę by znowu zobaczyć w jego oczach życie.
Wszyscy znali bajkę o trzech braciach, ale każdy interpretował ją inaczej. Kamień wskrzeszenia nie był dla McKinnonów nigdy czymś, co lepiło nieszczęśliwą dziewczynę z krwi i kości. Dla nich zawsze była duchem - nieszczęśliwym, że niedokończone sprawy i miłość trzymały ją w tym pustym, niezdolnym do przeżywania życia stanie. Nie należała do świata żywych i cierpiała oddalona od świata zmarłych - z tym Ambrosia akurat się zgadzała. Każdy duch powinien wrócić tam skąd przyszedł, jeśli nie posiadał swojego ciała.
Nie raz wyobrażała sobie, że nie musi przechodzić na drugi świat. Tkwił w niej od zawsze jakiś żal, że dar matki rozbrzmiał w niej głośno i wyraźnie, pozwalając jej dostrzegać tę drugą, wypaczoną okropnie stronę. Tam nic nie było tak jak powinno i niewiele było tam radości. Była pustka i powykręcane ręce cieni. Nie chciała tam być - nigdy. Marzyła więc, że była dokładnie taka sama jak ojciec, Hades lub Oliver. Marzyła, że zwyczajnie pasowała.
Drgnęła, czując na karku jego dłoń. Rozlewające się powoli ciepło, które - o zgrozo, było tak inne od chłodu, które biło od skóry Louvaina. Nienawidziła go w tym momencie za to, że zdawała się bardziej znać teraz tendencje tego drugiego, niż Alexandra. Ich oboje w sumie.
- Nie wiem czy jest sens. Zastanawiam się czy nie zrobić sobie przerwy - odpowiedziała, nie przerywając jednak swojej pracy. Mogła zrobić to różdżką, ale po co właściwie? Repetycyjność tylko uspokajała. Ale potem na moment zamarła, w pół ruchu z pędzelkiem w palcach, między buteleczką a następną literą. No tak, mogła się spodziewać. Ale w nocy, kiedy ogień płonął, świat wydawał się o wiele gorszy, okrutny i pozbawiony miłości. - Ktoś przypisuje sobie twoje zasługi za twoimi plecami - powiedziała powoli, na moment podnosząc tylko na niego wzrok, jakby to wcale nie było nic takiego. Drobna uwaga. Świat wydawał się w nocy pozbawiony miłości, może dlatego mówiła dalej - A Louvain może i jest okrutny, ale nie jest marnotrawny. A podejrzenia o kontakty ze Śmierciożercami pewnie popsułyby mu dużo rzeczy.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror