01.10.2025, 15:43 ✶
Szkoda. W pierwszej chwili Helloise spięła się, jakby miała ponownie wyładować na Leviathanie swój gniew. Powróciły do niej jednakże wspomnienia tego, wokół czego sama snuła do niedawna plany — klatki na widma, przynęty, sidła. Sama zamierzała wywlec je z lasu, sama jeszcze dzień wcześniej powiedziałaby ignoranckie: szkoda. Zorientowała się, że nie była zła — była wystraszona i jak osaczone zwierzę reagowała wrogością. Znów.
— Szkoda. — Zaśmiała się głucho. Gotujące się emocje opadły, a za nimi czarownica, która rozpłynęła się po krześle: odchyliła głowę przez oparcie, spuściła ramiona swobodnie w dół. — Szkoda — powtórzyła zaskoczona, odkrywając na nowo, kim była jeszcze dzień wcześniej, zanim zakorzenił się w niej strach.
Komu? A więc rzeczywiście nie wiedział. Trafnie oceniła, że wcale nie wysłał do niej nikogo, szczególnie nie Śmierciożercy. Uśmiechnęła się chytrze do sufitu, z którego zwieszały się łodyżki roślin ozdobnych rosnących w podwieszonych donicach. Ciemnozielone liściaste girlandy bujały się hipnotycznie, chwytając nieco nieostry wzrok czarownicy w swoje sidła.
— Spotkałam chłopca. — Helloise wyciągnęła jedno z wiotkich ramion w górę, łapiąc listeczki między palce. — Spotkałam chłopca, gdy zbierałam żołędzie. Nie pytałam o imię. Naprawdę myślisz, że musisz wiedzieć o każdym?
Obracała w palcach liście rzucające na ścianę cienie wydłużone blaskiem świec. Nie miała siły ani motywacji podnosić się z krzesła, mimo że drewniane oparcie nieprzyjemnie twardo wbijało się w kark.
— Hm — mruknęła, gdy zaproponował jej klątwołamacza, po czym zamilkła na dłuższą chwilę. Nie, aby pożytkowała ją na zastanawianie się nad odpowiedzią. Zastanawiała się znów nad śladami, nad ich bezsensownością, wokół której postawiła tyle teorii. — Nie. Jeśli wrócą… nie, nie wrócą — zmieniła zdanie. — Została tylko ta plama. A nie może zostać.
— Szkoda. — Zaśmiała się głucho. Gotujące się emocje opadły, a za nimi czarownica, która rozpłynęła się po krześle: odchyliła głowę przez oparcie, spuściła ramiona swobodnie w dół. — Szkoda — powtórzyła zaskoczona, odkrywając na nowo, kim była jeszcze dzień wcześniej, zanim zakorzenił się w niej strach.
Komu? A więc rzeczywiście nie wiedział. Trafnie oceniła, że wcale nie wysłał do niej nikogo, szczególnie nie Śmierciożercy. Uśmiechnęła się chytrze do sufitu, z którego zwieszały się łodyżki roślin ozdobnych rosnących w podwieszonych donicach. Ciemnozielone liściaste girlandy bujały się hipnotycznie, chwytając nieco nieostry wzrok czarownicy w swoje sidła.
— Spotkałam chłopca. — Helloise wyciągnęła jedno z wiotkich ramion w górę, łapiąc listeczki między palce. — Spotkałam chłopca, gdy zbierałam żołędzie. Nie pytałam o imię. Naprawdę myślisz, że musisz wiedzieć o każdym?
Obracała w palcach liście rzucające na ścianę cienie wydłużone blaskiem świec. Nie miała siły ani motywacji podnosić się z krzesła, mimo że drewniane oparcie nieprzyjemnie twardo wbijało się w kark.
— Hm — mruknęła, gdy zaproponował jej klątwołamacza, po czym zamilkła na dłuższą chwilę. Nie, aby pożytkowała ją na zastanawianie się nad odpowiedzią. Zastanawiała się znów nad śladami, nad ich bezsensownością, wokół której postawiła tyle teorii. — Nie. Jeśli wrócą… nie, nie wrócą — zmieniła zdanie. — Została tylko ta plama. A nie może zostać.
dotknij trawy