02.10.2025, 16:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2025, 16:16 przez Helloise Rowle.)
Te same wiatry dęły, gdy jej świat był jeszcze świeży i pierwszy raz poznawała pieśni nucone przez braci tych drzew w sąsiednim zakątku Snowdonii. Teraz rześki chłód niebędący jeszcze dokuczliwym ziąbem złośliwie przypominał, jak to było być wtedy żywym. Wicher naostrzony przez górskie skały, między którymi kryły się przedwieczne leża smoków, zdawał się tak różny od mokrych od deszczu podmuchów pod Knieją. Ten snowdoński wiatr wyrywał spomiędzy włosów Helloise miękkie niteczki przytulnego dymu opium i przypominał dawny świat, dawne legendy świętych walijskich gajów. Gdy stanęła pośród łąki, twarzą w twarz z surowym lasem przy rezydencji Yaxleyów, prawie ją onieśmielił. Od tylu miesięcy Knieję izolowała nieprzekraczalna bariera, a zbytnią zuchwałość zbliżenia się do niej karały widma. Tutaj wystarczyłoby kilka kroków, przemierzyć łąkę, wejść na ścieżkę. Nie było bariery, nie było kary. Niemal już czuła pod stopami nierówności leśnego terenu i słyszała towarzyszący wędrówce chrzęst usychającej na zimę ściółki.
Zawróciła do Alexandra. Odchodząc, czuła oddech gaju na odsłoniętym przez spięte włosy karku. Gdyby weszła tam teraz, nie cofnęłaby się już po niego, a chciał spacerować z nią. Zaprosił ją. Była gotowa to uszanować — jego i to, co za jego towarzystwem szło: formalność.
Wybrana na tę okazję długa rdzawa sukienka uszyta była ze sztywnawego materiału, który szeleścił cicho — tak samo przy drobnych gestach, jak i większych ruchach. Helloise przywykła do miękkich, lejących się ubrań, które płynęły swobodnie wraz z sylwetką i można było o nich zapomnieć. Ta sukienka nadawała jej osobie jakąś strukturę. Strukturę matki, której wykradła ją z szafy podczas Mabon ubiegłego dnia. Wyższy kołnierz, aby podkreślić, jak proste są plecy arystokratycznych pań niemuszących garbić się nad robotą, bufa u szczytu wąskich rękawów, ale niezbyt duża, aby nadmiar materiału nie falował swobodnie, ciężka spódnica trzymała kobietę przy ziemi — strój dla kogoś, kto miał jakąś godność do zaprezentowania. Dzięki temu, że suknia była tak surowa i sztywna, lepiej zniosła profanację z doczepionych do kołnierza utwardzonych w eliksirach jesiennych liści i tańczących między fałdami spódnicy kuleczek jarzębin nawleczonych na niteczki.
Odkąd przybyli, czarownica krążyła wokół Mulcibera, lecz nie trzymała się go ściśle przez cały czas. Schodziła co chwila z drewnianego traktu. Szła, jak ją niosło i nie patrzyła na to, ile błota zebrało się w podeszwach kozaczków ani czy rąbek u spódnicy nie odznacza się już aby ciemnymi wilgotnymi plamami.
Do ostatniej chwili odciągała wróżbitę od krzeseł ustawionych w równych rządkach, nie mogąc znieść ich stateczności.
Z czego ty weźmiesz wieszczbę zamknięty w szeregu?, kusiła, wiodąc go na kolejne zielone ubocze, gdy tylko nadto zbliżali się do ludzi i miejsca ceremonii.
Wyglądał tak samo jak wszyscy mężczyźni. Gdy kładła dłoń na rękawie jego marynarki, palce spływały po gładkim materiale, nie mając czego się uczepić. Równie gładką miał twarz. Helloise ślizgała się po niej pokracznie wzrokiem, dopóki nie wpadała w oczy jasnowidza i wtedy gościła się w nich nieprzyzwoicie długo. Nie potrafiła może złapać Alexandra, lecz fascynacja przyciągała ją do niego z wystarczającą mocą, aby nie oddalać się od niego znacząco. Lubiła słuchać, gdy mówił swoje zagadki, jeszcze bardziej zaś podążać w ślad za jego spojrzeniem i błądzić tam, gdzie on z taką klarownością dostrzegał znaki. Był dobrym przewodnikiem, nawet wtedy gdy nie objaśniał. Spoglądając przez jasnowidza, sama widziała nieco… jaśniej.
Gdy zasiedli wreszcie na miejscu, czarownica zajęta była w głównej mierze lilijkami rozłożonymi na swoich kolanach. Mniej uwagi poświęcała ludziom, lecz podnosiła czujnie głowę, gdy ktoś przechodził bliżej. Nie przegapiła więc Roselyn, która złapała z nią kontakt wzrokowy. W odpowiedzi Helloise uniosła leciutko kąciki ust i skinęła jej głową, po czym wróciła do swoich kwiatów.
Lilie były kwiatami Dziewicy, niewinnymi i czystymi. Dziwnie leżały we wciąż odbarwionych czerwonym eliksirem, podrapanych tu i ówdzie dłoniach.
— Gdy córka walijskiego olbrzyma wychodziła za mąż, towarzysze pana młodego zerwali z giganta brodę i skórę, a głowę nabili na pal przy cytadeli — wypaliła nagle, podnosząc wzrok na Alexandra. — Mam nadzieję, że Ambroise ma dobre relacje z panem Yaxleyem. — Usta czarownicy rozciągnęły się w uśmiechu, a ramiona delikatnie zadrżały chichotem po niezręcznym, nieco tylko makabrycznym żarcie, wygłoszonym całe szczęście cicho i bez cienia złej woli.
Przez środek dolnej wargi kobiety przechodził ciemny strupek, czysta pionowa linia gojącego się od kilku dni skaleczenia. Przypominało o sobie bolesnym rwaniem, gdy cieszyła się za bardzo lub mówiła za szybko. Odezwało się i teraz.
Zawróciła do Alexandra. Odchodząc, czuła oddech gaju na odsłoniętym przez spięte włosy karku. Gdyby weszła tam teraz, nie cofnęłaby się już po niego, a chciał spacerować z nią. Zaprosił ją. Była gotowa to uszanować — jego i to, co za jego towarzystwem szło: formalność.
Wybrana na tę okazję długa rdzawa sukienka uszyta była ze sztywnawego materiału, który szeleścił cicho — tak samo przy drobnych gestach, jak i większych ruchach. Helloise przywykła do miękkich, lejących się ubrań, które płynęły swobodnie wraz z sylwetką i można było o nich zapomnieć. Ta sukienka nadawała jej osobie jakąś strukturę. Strukturę matki, której wykradła ją z szafy podczas Mabon ubiegłego dnia. Wyższy kołnierz, aby podkreślić, jak proste są plecy arystokratycznych pań niemuszących garbić się nad robotą, bufa u szczytu wąskich rękawów, ale niezbyt duża, aby nadmiar materiału nie falował swobodnie, ciężka spódnica trzymała kobietę przy ziemi — strój dla kogoś, kto miał jakąś godność do zaprezentowania. Dzięki temu, że suknia była tak surowa i sztywna, lepiej zniosła profanację z doczepionych do kołnierza utwardzonych w eliksirach jesiennych liści i tańczących między fałdami spódnicy kuleczek jarzębin nawleczonych na niteczki.
Odkąd przybyli, czarownica krążyła wokół Mulcibera, lecz nie trzymała się go ściśle przez cały czas. Schodziła co chwila z drewnianego traktu. Szła, jak ją niosło i nie patrzyła na to, ile błota zebrało się w podeszwach kozaczków ani czy rąbek u spódnicy nie odznacza się już aby ciemnymi wilgotnymi plamami.
Do ostatniej chwili odciągała wróżbitę od krzeseł ustawionych w równych rządkach, nie mogąc znieść ich stateczności.
Z czego ty weźmiesz wieszczbę zamknięty w szeregu?, kusiła, wiodąc go na kolejne zielone ubocze, gdy tylko nadto zbliżali się do ludzi i miejsca ceremonii.
Wyglądał tak samo jak wszyscy mężczyźni. Gdy kładła dłoń na rękawie jego marynarki, palce spływały po gładkim materiale, nie mając czego się uczepić. Równie gładką miał twarz. Helloise ślizgała się po niej pokracznie wzrokiem, dopóki nie wpadała w oczy jasnowidza i wtedy gościła się w nich nieprzyzwoicie długo. Nie potrafiła może złapać Alexandra, lecz fascynacja przyciągała ją do niego z wystarczającą mocą, aby nie oddalać się od niego znacząco. Lubiła słuchać, gdy mówił swoje zagadki, jeszcze bardziej zaś podążać w ślad za jego spojrzeniem i błądzić tam, gdzie on z taką klarownością dostrzegał znaki. Był dobrym przewodnikiem, nawet wtedy gdy nie objaśniał. Spoglądając przez jasnowidza, sama widziała nieco… jaśniej.
Gdy zasiedli wreszcie na miejscu, czarownica zajęta była w głównej mierze lilijkami rozłożonymi na swoich kolanach. Mniej uwagi poświęcała ludziom, lecz podnosiła czujnie głowę, gdy ktoś przechodził bliżej. Nie przegapiła więc Roselyn, która złapała z nią kontakt wzrokowy. W odpowiedzi Helloise uniosła leciutko kąciki ust i skinęła jej głową, po czym wróciła do swoich kwiatów.
Lilie były kwiatami Dziewicy, niewinnymi i czystymi. Dziwnie leżały we wciąż odbarwionych czerwonym eliksirem, podrapanych tu i ówdzie dłoniach.
— Gdy córka walijskiego olbrzyma wychodziła za mąż, towarzysze pana młodego zerwali z giganta brodę i skórę, a głowę nabili na pal przy cytadeli — wypaliła nagle, podnosząc wzrok na Alexandra. — Mam nadzieję, że Ambroise ma dobre relacje z panem Yaxleyem. — Usta czarownicy rozciągnęły się w uśmiechu, a ramiona delikatnie zadrżały chichotem po niezręcznym, nieco tylko makabrycznym żarcie, wygłoszonym całe szczęście cicho i bez cienia złej woli.
Przez środek dolnej wargi kobiety przechodził ciemny strupek, czysta pionowa linia gojącego się od kilku dni skaleczenia. Przypominało o sobie bolesnym rwaniem, gdy cieszyła się za bardzo lub mówiła za szybko. Odezwało się i teraz.
dotknij trawy