02.10.2025, 22:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2025, 22:27 przez Anthony Shafiq.)
Anthony J. Shafiq szczerze nienawidził ślubów i był to fakt potwierdzony naukowo. Oczywiście nigdy nie dawał po sobie tego poznać, a o owej niechęci wiedział tylko jego najbliższy krąg. Tymczasem w kręgu weselnego światła prezentował się z nienaganną galanterią wdowca wciąż do wyciągnięcia z puli. Czasem było to przydatne, czasem bardzo uciążliwe, dziś jednak nie myślał o tym wiele.
Zamiast tego pogładził dłoń swojej siostry z czułością, której nie okazywał jej nigdy w życiu, ale kiedyś musiał przyjść ten pierwszy raz. Nienawidził ślubów i wesel, ale jeszcze bardziej nienawidził swoich rodziców, którzy obecnie stacjonowali we wschodnim skrzydle Little Hangleton. Po wczorajszym Mabon był wciąż zdewastowany, a szukanie spokoju w kieliszku na kawalerskim spotkaniu u Selwynów zdecydowanie dolało jego duszy zbyt dużo żałości i goryczy.
Oto są Twoje weselne Dzwony. – wspomniał finalną wróżbę Jonathana, która przypieczętowała w okolicach drugiej już tej doby jego depresyjny nastrój, teraz zaś wywołała krzywy uśmiech, który mógł być zinterpretowany jako komentarz do lekko grząsko zapowiadającej się trawy. Plenerowy ślub we wrześniu niewątpliwie był wyzwaniem, Shafiq cieszył się jednak, że wiedział czego się spodziewać. Wszystko zapewne będzie w mniejszym lub większym stopniu zielone. Zupełnie tak jak on.
Złociste liście przywodzące na myśl celtyckie wzory zdobiły poły fraka uszytego na zamówienie, doskonale dopasowanego do smukłej sylwetki polityka. Butelkowa zieleń komplementowała szarość jego oczu, choć on sam z racji swojej dysfunkcji wspomnianych oczu nie był w stanie tego zobaczyć. Długie włosy pociemniałe jesienią ułożone były łagodnie podkręconą falą, przyprószone nieznacznie złotem, korespondującym z sygnetem na którym pysznił się nie tyle znak Ministerstwa, co szalkowa waga.
– Nie wierzę, że to mówię, ale cieszę się, że tu jestem i to cieszę się podwójnie, że jestem tu z Tobą moja droga siostro. – Dziwaczny język, skrzyżowanie niemieckiej twardości ze wschodnim szeleszczeniem wysmyknął się spomiędzy giętkich warg magią krwi, Wieży Babel. Poprzednim razem gdy mówili po kaszubsku, kłócili się na śmierć i życie. Sojusz był najmniej oczekiwanym efektem tej rozmowy, a teraz zapalczywość starszego pokolenia tylko go cementowała. – Prezentujesz się uroczo Jakubino. Ty i Twoje latorośle.– na moment umilkł, ciekaw czy i ona w ten sposób odbiera jego obecność. Jak dziwne mrowienie. Jak dwa elementy układanki, których właściwości odkrywasz z wielkim zaskoczeniem. Na przykład właściwość, że mogą ze sobą rozmawiać.
Kącik ust mu zadrgał, gdy rozglądał się za jakimś wygodnym miejscem dla nich. Dla całej czwórki. Wesoła rodzinka, dobrze, że szanowne pokolenie wyżej nie postanowiło się tu wprosić. Państwo Shafiq jednak byli biegunowo odleli od kontaktów z Yaxleyami, Anthony zaś w tych okolicach przebywał naczęściej przez miedzę u Rowlów, a niekoniecznie u łowców. Zrządzenie losu.
– Powiedz mi... staniesz w szranki o bukiet? Matka byłaby zachwycona. – Dziwnie było tak z nią żartować. Czy realnie odbierze to jako żart, czy może poczuje się dotknięta? Gdzie przebiegał dobry ton (na pewno nie w okolicach kaszubskiego w towarzystwie), gdzie zaczepność a gdzie obraza? Kac skutecznie zwalczony pobudzającymi eliksirami służył myślom raczej nieuczesanym, kontrastującym z wystudiowanym wizerunkiem ambasadora marki Rosier.
– O tam zobaczcie, tam są cztery miejsca, idealnie po stronie Pana Młodego, chodźmy więc... – zaproponował, przypominając sobie, że może wypadałoby jednak mówić po angielsku i od razu ruszył ze swoim dzisiejszym towarzystwem na dostrzeżone pozycje, mimowolnie taksując towarzystwo i odhaczając listę obecności. W myślach jednak, a może przede wszystkim odhaczał tych, których nie widział, którzy nie byli zaproszeni, albo odrzucili zaproszenie. Zawsze interesująca statystyka do analizy podczas dłużących się rozmów o elementach sukni ślubnej.
Zamiast tego pogładził dłoń swojej siostry z czułością, której nie okazywał jej nigdy w życiu, ale kiedyś musiał przyjść ten pierwszy raz. Nienawidził ślubów i wesel, ale jeszcze bardziej nienawidził swoich rodziców, którzy obecnie stacjonowali we wschodnim skrzydle Little Hangleton. Po wczorajszym Mabon był wciąż zdewastowany, a szukanie spokoju w kieliszku na kawalerskim spotkaniu u Selwynów zdecydowanie dolało jego duszy zbyt dużo żałości i goryczy.
Oto są Twoje weselne Dzwony. – wspomniał finalną wróżbę Jonathana, która przypieczętowała w okolicach drugiej już tej doby jego depresyjny nastrój, teraz zaś wywołała krzywy uśmiech, który mógł być zinterpretowany jako komentarz do lekko grząsko zapowiadającej się trawy. Plenerowy ślub we wrześniu niewątpliwie był wyzwaniem, Shafiq cieszył się jednak, że wiedział czego się spodziewać. Wszystko zapewne będzie w mniejszym lub większym stopniu zielone. Zupełnie tak jak on.
Złociste liście przywodzące na myśl celtyckie wzory zdobiły poły fraka uszytego na zamówienie, doskonale dopasowanego do smukłej sylwetki polityka. Butelkowa zieleń komplementowała szarość jego oczu, choć on sam z racji swojej dysfunkcji wspomnianych oczu nie był w stanie tego zobaczyć. Długie włosy pociemniałe jesienią ułożone były łagodnie podkręconą falą, przyprószone nieznacznie złotem, korespondującym z sygnetem na którym pysznił się nie tyle znak Ministerstwa, co szalkowa waga.
– Nie wierzę, że to mówię, ale cieszę się, że tu jestem i to cieszę się podwójnie, że jestem tu z Tobą moja droga siostro. – Dziwaczny język, skrzyżowanie niemieckiej twardości ze wschodnim szeleszczeniem wysmyknął się spomiędzy giętkich warg magią krwi, Wieży Babel. Poprzednim razem gdy mówili po kaszubsku, kłócili się na śmierć i życie. Sojusz był najmniej oczekiwanym efektem tej rozmowy, a teraz zapalczywość starszego pokolenia tylko go cementowała. – Prezentujesz się uroczo Jakubino. Ty i Twoje latorośle.– na moment umilkł, ciekaw czy i ona w ten sposób odbiera jego obecność. Jak dziwne mrowienie. Jak dwa elementy układanki, których właściwości odkrywasz z wielkim zaskoczeniem. Na przykład właściwość, że mogą ze sobą rozmawiać.
Kącik ust mu zadrgał, gdy rozglądał się za jakimś wygodnym miejscem dla nich. Dla całej czwórki. Wesoła rodzinka, dobrze, że szanowne pokolenie wyżej nie postanowiło się tu wprosić. Państwo Shafiq jednak byli biegunowo odleli od kontaktów z Yaxleyami, Anthony zaś w tych okolicach przebywał naczęściej przez miedzę u Rowlów, a niekoniecznie u łowców. Zrządzenie losu.
– Powiedz mi... staniesz w szranki o bukiet? Matka byłaby zachwycona. – Dziwnie było tak z nią żartować. Czy realnie odbierze to jako żart, czy może poczuje się dotknięta? Gdzie przebiegał dobry ton (na pewno nie w okolicach kaszubskiego w towarzystwie), gdzie zaczepność a gdzie obraza? Kac skutecznie zwalczony pobudzającymi eliksirami służył myślom raczej nieuczesanym, kontrastującym z wystudiowanym wizerunkiem ambasadora marki Rosier.
– O tam zobaczcie, tam są cztery miejsca, idealnie po stronie Pana Młodego, chodźmy więc... – zaproponował, przypominając sobie, że może wypadałoby jednak mówić po angielsku i od razu ruszył ze swoim dzisiejszym towarzystwem na dostrzeżone pozycje, mimowolnie taksując towarzystwo i odhaczając listę obecności. W myślach jednak, a może przede wszystkim odhaczał tych, których nie widział, którzy nie byli zaproszeni, albo odrzucili zaproszenie. Zawsze interesująca statystyka do analizy podczas dłużących się rozmów o elementach sukni ślubnej.