Geraldine pojawiła się w Snowdonii dość wcześnie. Zbliżał się wielki dzień, poprzedzało go Mabon, wiedziała, że sabat wypada spędzać w odpowiednich okolicznościach, a że zebrała się tu spora część ich rodziny, to nie widziała innej możliwości, jak świętować właśnie z nimi. Była może nieco rozkojarzona, jednak całkiem zgrabnie udawało jej się potakiwać, gdy zadawano jej pytania, nieszczególnie się jednak na nich skupiała, robiła to raczej automatycznie, dla świętego spokoju, była dość mocno zmęczona tym napiętym czasem.
Czekała na swojego narzeczonego, tak właściwie to już praktycznie męża, jutro o tej porze, mieli być po ślubie. Nadal nie do końca mogła w to uwierzyć. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko, może to i lepiej, nie musieli się bowiem nad niczym zastanawiać, wszystko działo się samo, bardzo spontanicznie, aczkolwiek pod nadzorem cioci Uli i jej matki, co na pewno ratowało ich przed towarzyską katastrofą. Te dwie najwyraźniej znalazły wspólny język i bez mniejszego problemu się ze sobą dogadywały, co oczywiście cieszyło Yaxley. Pewnie nie powiedziałaby tego w głos, ale od jakiegoś czasu to raczej Ursula była jej wzorem do naśladowania, przynajmniej jeśli chodzi o ideał kobiecości. Geraldine imponowały bowiem panie, które wiedziały czego chciały, a przy tym troszczyły się o swoją rodzinę.
Nie miała pojęcia, gdzie się wszyscy podziali, ale skończyła sama, odpoczywając na sofie w salonie w towarzystwie ich zwierząt, nie zakładała, że w wieczór przed fetą będzie miała czas dla siebie, jak widać jednak życie lubiło zaskakiwać. Zmrużyła oczy, czekała na Roise, ale była nieco zmęczona, nie ułatwiał tego stan w jakim się znajdowała, miała wrażenie, że ostatnio zupełnie znienacka łapała ją senność, a do tego nie była do końca przyzwyczajona. Raczej borykała się z problemami związanymi z zasypianiem.
Usłyszała stukot stóp, może i była zmęczona, jednak jak zawsze pozostawała czujna, nawet w swoim własnym, rodzinnym domu. Nie ruszyła się jednak z miejsca, czekała, aż ten ktoś znajdzie się w pomieszczeniu. Im bardziej się zbliżał, a dźwięk chodu był głośniejszy, tym bardziej była pewna kto miał się tutaj pojawić. Oczywiście, że rozpoznawała Ambroise'a po tym jak się poruszał. Przeżyli razem wiele lat, to nie było nic nadzwyczajnego, do tego jej magiczny radar przecież informował ją o tym, kiedy ci wyjątkowi genetycznie czarodzieje znajdowali się blisko niej. Miał przesrane, trudno było mu ją zaskoczyć przez ten szósty zmysł Yaxleyów.
- Chciałabym wiedzieć, pewnie coś knują. - Już dawno wydawało jej się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, jednak kobiety ciągle znajdowały jakieś szczegóły, które wymagały dopracowania i angażowały w to wszystkich obecnych w rezydencji, jakimś cudem jednak zapomniały o samej Yaxley, Matka jednak miała ją w swojej opiece, czasami.
Psy się nie podniosły, gdy w pomieszczeniu pojawiła się kolejna osoba, najwyraźniej słodko spały, tak samo jak ich kotka, nie ma co, trafiło im się naprawdę leniwe towarzystwo. Nawet nie drgnęła, gdy Ambroise dotknął jej ust, no, może poza tym, że uśmiechnęła się delikatnie, kiedy zaś odsunął się od niej poruszyła nogami, chcąc zrobić mu miejsce na kanapie, ledwie to zrobiła, to usłyszała jednak, że wybrał dywan - w sumie nie najgorsze rozwiązanie.
- Jak Ci minął dzień? - Zapytała jeszcze, była ciekawa jak przebiegło spotkanie z rodziną, na które się wybrał.