Widziała kątem oka, jak Juliett ładuje się do biura Harper, ale nie było to tak nadzwyczajne, żeby poświęcić temu jakąś głębszą myśl. To znaczy do czasu. Bo to, że Crickerly chwilę później wyszedł, bardziej wkurzony niż zwykle, a Everlight za moment za nim – już jak najbardziej osobliwe było.
Miała wrażenie, że wszystkie myśli uleciały jej z głowy – wszystkie: te bezmyślne myślące o własnych kociakach i te jak najbardziej sensowne. Pustka. Victoria zamrugała, gapiąc się na sekretarkę, zamarła tak z filiżanką w dłoni, tak samo zresztą jak reszta obecnych tu w tej chwili aurorów. Dopiero przy… zirytowanym? Albo bezsilnym? „to nie są ćwiczenia!” zaczął do niej docierać sens wypowiedzianych słów.
Najwyższy stan gotowości.
Udać się jak najszybciej do punktów teleportacyjnych.
Partner na służbie… Victoria odłożyła do połowy upitą filiżankę kawy i wstała, chociaż miała wrażenie, że robi to bardziej mechanicznie, bez udziału własnej świadomości. Rozejrzała się na boki, jakby szukała punktu zaczepienia, jakiejś kotwicy, by się w końcu zatrzymać i złapać jakikolwiek oddech. Słyszała słowa Juliett gdzieś w tle i była pewna, że jej mózg je rejestruje, a gdy będą potrzebne, to je wyłowi, ale teraz trochę jak w takiej mantrze, otwierała szafkę, żeby wyciągnąć stamtąd przygotowaną wcześniej torbę. Tak jakby jej umysł potrzebował tego znajomego gestu, żeby móc wyjść z tego pierwszego szoku i przygotować się na to, co za chwilę nadejdzie. Od czasu bardzo niefortunnego zadania, podczas którego razem z Brenną władowały się prosto do leża wkurwionej smoczycy, której ukradziono jaja, miała przygotowaną torbę z takimi podstawowymi rzeczami jak… ciuchy na zmianę (po tym, jak smok zionął ogniem, a Victoria zasłoniła Brennę biorąc na siebie główne uderzenie żywiołu i ubrania tego nie wytrzymały), jakieś słodycze, bandaż, tego typu rzeczy. Trzymając tę torbę, otworzyła ją, by powrzucać do niej eliksiry, które trzymała tutaj, własnego wykonania, zwykle dobierając je do charakteru podejmowanego zadania. Teraz jednak nie patrzyła na etykietki, po prostu wrzucała to, co nawinęło jej się pod rękę, nie będąc pewna, co właściwie jej się przyda, a co nie.
– Tak, pewnie – odpowiedziała kobiecie, nie patrząc na nią od razu, bo właśnie zamykała torbę, którą zaraz zarzuciła sobie na ramię, a z biurka zgarnęła swoją różdżkę i dopiero przyjrzała się Everlight, pozwalając, by ci aurorzy, którzy mieli swoje pary, albo wiedzieli, do kogo się dołączyć, pobiegli przodem. Victoria starała się nie myśleć o Cainie… zwykle trening jaki przeszła do opanowania oklumencji wystarczał, by zapanować nad emocjami i własną twarzą, ale prawda była taka, że strata partnera w takich, a nie innych okolicznościach była dla niej trudna na wielu poziomach. I o ile łatwiej pracowało się z kimś, kogo się znało, do kogo było się przyzwyczajonym, niż za każdym razem dopasowywać się do drugiej osoby. W końcu nie wiedziała na jakiego brygadzistę trafi. Odetchnęła mocniej i przesunęła wzrok na Juliett. – Wiadomo coś więcej? Jaki obszar Londynu? Co się dokładniej dzieje? – zapytała, licząc na to, że w tym małym oknie czasowym dowie się czegokolwiek więcej.