04.10.2025, 00:25 ✶
Dwa przekręcenia w kalejdoskopie i Dolohov wyglądał inaczej.
Przed chwilą wrednie skrobiący po Morfeuszu po to, żeby usłyszeć wszystko to, co chciał usłyszeć. Przed sekundą zdezorientowany i zasapany. I nagle – bo tak już miał – jakby kompletnie tym wszystkim niewzruszony, wpatrywał się w obrazek, jakim był powoli ulegający ogniowi Londyn z miną niewskazującą na strach, panikę. To był bardzo znany Morfeuszowi wyraz twarzy wskazujący na to, że Dolohov coś liczył. Numerologia, jako jedna z jego największych życiowych pasji, potrafiła momentami wsiąknąć go aż za bardzo, ale w kontekście ewidentnie magicznego (sądząc po tym spadającym z nieba dziadostwie) ataku bądź też anomalii, jego kalkulacje i przemyślenia mogły okazać się bardzo przydatną wiedzą. Wydawało mu się więc, że to dlatego towarzyszący mu czarodziej pozwolił mu na chwilę ciszy i stanie na tej wieży widokowej jak dwa kołki – mylił się oczywiście, nie miał pojęcia jak głębokie zmęczenie i groza przeszywały umysł jego ukochanego, bo przecież tam na horyzoncie jawiło się przerażającą łuną coś, co innym zajęłoby długie godziny, a on to zauważał i obliczał w ciągu kilkudziesięciu absurdalnie krótkich sekund.
Nie był szarlatanem. Nie był oszustem. Przepowiednie Dolohova były prawdziwe, a jego obsesja na punkcie niektórych zagadnień miała lepsze pokrycie w rzeczywistości i fundamenty matematyczne, niż wiele teorii powtarzanych przez innych naukowców za pewnik. Jego dziwaczne podejście do życia i odważne tezy miały pokrycie w licznych sukcesach, mających swoje źródło w scenach takich jak ta.
Ich aury musiały być teraz naprawdę brzydkim gradientem. Tam, gdzie jeden był gotów na śmierć, drugi nawet do siebie tego scenariusza nie dopuszczał. Tam, gdzie jeden pogrążał się w strachu, drugi puszył się jak paw, bo coś do niego dotarło.
Oh.
– Trzydzieści dwie dzielnice – powiedział głośno, mimo swojego tchórzostwa napinając pierś i strosząc pióra. Za tydzień wszyscy będą o tym trąbić. Wszyscy będą drukować to w gazetach, bo tak powiedział Vasilij Dolohov, a on zawsze miał rację. – My tutaj widzimy tylko jakiś absurdalny wyrywek całości, ale pomyśl... Patrz, jak to się rozżarza... Zdawało mi się, że to oparzyło mnie w dłoń, może i to zrobiło, ale miejsce, w którym jesteśmy, wcale nie płonie. A to się sypie wszędzie, na ulicę, na drzewa wokół. Jak śnieg. Te chmury rozpościerają się nad Tamizą i jeszcze dalej. Tam się zaprószyła jakaś losowa kamienica, kierunek Westminster dymi się jakby najbardziej, a obok park stoi jak gdyby nigdy nic. – Nigdy nie chciał, żeby ludzie umierali bezsensownie, ale teraz te wszystkie krzyki potencjalnych ofiar nie były w stanie go przekrzyczeć, nie mogły go przytłoczyć. – Pomyśl o tym! – Wcale nie musiał o tym myśleć, bo przecież Dolohov już wszystko wymyślił. – Cokolwiek sypie się z nieba, nie jest łatwopalne. Jakbyś chciał naraz podpalić, dajmy na to cztery budynki w trzydziestu dwóch dzielnicach, to potrzebujesz stu dwudziestu ośmiu debili w maskach, którym udało się zaklęcie. W Westminster musi palić się więcej. To ilu ludzi naraz ten Czarny Pajac musiałby tu zgromadzić? Po co? Na Beltane nie mieli tylu ludzi, a Brygadziści wcale nie z takim wielkim trudem im naklepali. A więc odpowiedzi się zawężają. – Tu dopiero oderwał twarz od tej scenerii i spojrzał na Longbottoma. – Albo oznaczyli jakoś te miejsca wcześniej i da się odkryć ślady po tym, albo... – co kompletnie tu nie pasowało – jest to losowe, nawet jeżeli nie wygląda na losowe, albo – i to albo brzmiało już jak albo ostateczne – nie podpalają tego Śmierciożercy.
A jak nie oni, to kto?
– Nie daj się temu dotknąć, nie wdychaj tego. – Odwrócił spojrzenie, żeby raz jeszcze sięgnąć ręką wgłąb swojego gardła. I aż za mocno to do niego pasowało, żeby ze wszystkich rzeczy, jakie mógłby nosić w sobie, tak łatwo było mu sięgnąć po jedwabną, błękitną chustę i parasolkę. – Chcę. – Powiedział otwarcie, odpowiadając na propozycję złożoną mu tak dawno, że na moment sam o niej zapomniał, bo ją przygniótł tym wywodem. Tę chustę wyciągnął dla niego, chociaż... tak pomijając to, że potencjalnie świat się kończył, to wcale nie uważał, żeby mu pasowała. Chciał, to było oczywiste. Nie miał zamiaru o nic walczyć.
// percepcja ◉◉◉◉○ + masa innych przewag wymienionych już wcześniej, głównie numerologia
Przed chwilą wrednie skrobiący po Morfeuszu po to, żeby usłyszeć wszystko to, co chciał usłyszeć. Przed sekundą zdezorientowany i zasapany. I nagle – bo tak już miał – jakby kompletnie tym wszystkim niewzruszony, wpatrywał się w obrazek, jakim był powoli ulegający ogniowi Londyn z miną niewskazującą na strach, panikę. To był bardzo znany Morfeuszowi wyraz twarzy wskazujący na to, że Dolohov coś liczył. Numerologia, jako jedna z jego największych życiowych pasji, potrafiła momentami wsiąknąć go aż za bardzo, ale w kontekście ewidentnie magicznego (sądząc po tym spadającym z nieba dziadostwie) ataku bądź też anomalii, jego kalkulacje i przemyślenia mogły okazać się bardzo przydatną wiedzą. Wydawało mu się więc, że to dlatego towarzyszący mu czarodziej pozwolił mu na chwilę ciszy i stanie na tej wieży widokowej jak dwa kołki – mylił się oczywiście, nie miał pojęcia jak głębokie zmęczenie i groza przeszywały umysł jego ukochanego, bo przecież tam na horyzoncie jawiło się przerażającą łuną coś, co innym zajęłoby długie godziny, a on to zauważał i obliczał w ciągu kilkudziesięciu absurdalnie krótkich sekund.
Nie był szarlatanem. Nie był oszustem. Przepowiednie Dolohova były prawdziwe, a jego obsesja na punkcie niektórych zagadnień miała lepsze pokrycie w rzeczywistości i fundamenty matematyczne, niż wiele teorii powtarzanych przez innych naukowców za pewnik. Jego dziwaczne podejście do życia i odważne tezy miały pokrycie w licznych sukcesach, mających swoje źródło w scenach takich jak ta.
Ich aury musiały być teraz naprawdę brzydkim gradientem. Tam, gdzie jeden był gotów na śmierć, drugi nawet do siebie tego scenariusza nie dopuszczał. Tam, gdzie jeden pogrążał się w strachu, drugi puszył się jak paw, bo coś do niego dotarło.
Oh.
– Trzydzieści dwie dzielnice – powiedział głośno, mimo swojego tchórzostwa napinając pierś i strosząc pióra. Za tydzień wszyscy będą o tym trąbić. Wszyscy będą drukować to w gazetach, bo tak powiedział Vasilij Dolohov, a on zawsze miał rację. – My tutaj widzimy tylko jakiś absurdalny wyrywek całości, ale pomyśl... Patrz, jak to się rozżarza... Zdawało mi się, że to oparzyło mnie w dłoń, może i to zrobiło, ale miejsce, w którym jesteśmy, wcale nie płonie. A to się sypie wszędzie, na ulicę, na drzewa wokół. Jak śnieg. Te chmury rozpościerają się nad Tamizą i jeszcze dalej. Tam się zaprószyła jakaś losowa kamienica, kierunek Westminster dymi się jakby najbardziej, a obok park stoi jak gdyby nigdy nic. – Nigdy nie chciał, żeby ludzie umierali bezsensownie, ale teraz te wszystkie krzyki potencjalnych ofiar nie były w stanie go przekrzyczeć, nie mogły go przytłoczyć. – Pomyśl o tym! – Wcale nie musiał o tym myśleć, bo przecież Dolohov już wszystko wymyślił. – Cokolwiek sypie się z nieba, nie jest łatwopalne. Jakbyś chciał naraz podpalić, dajmy na to cztery budynki w trzydziestu dwóch dzielnicach, to potrzebujesz stu dwudziestu ośmiu debili w maskach, którym udało się zaklęcie. W Westminster musi palić się więcej. To ilu ludzi naraz ten Czarny Pajac musiałby tu zgromadzić? Po co? Na Beltane nie mieli tylu ludzi, a Brygadziści wcale nie z takim wielkim trudem im naklepali. A więc odpowiedzi się zawężają. – Tu dopiero oderwał twarz od tej scenerii i spojrzał na Longbottoma. – Albo oznaczyli jakoś te miejsca wcześniej i da się odkryć ślady po tym, albo... – co kompletnie tu nie pasowało – jest to losowe, nawet jeżeli nie wygląda na losowe, albo – i to albo brzmiało już jak albo ostateczne – nie podpalają tego Śmierciożercy.
A jak nie oni, to kto?
– Nie daj się temu dotknąć, nie wdychaj tego. – Odwrócił spojrzenie, żeby raz jeszcze sięgnąć ręką wgłąb swojego gardła. I aż za mocno to do niego pasowało, żeby ze wszystkich rzeczy, jakie mógłby nosić w sobie, tak łatwo było mu sięgnąć po jedwabną, błękitną chustę i parasolkę. – Chcę. – Powiedział otwarcie, odpowiadając na propozycję złożoną mu tak dawno, że na moment sam o niej zapomniał, bo ją przygniótł tym wywodem. Tę chustę wyciągnął dla niego, chociaż... tak pomijając to, że potencjalnie świat się kończył, to wcale nie uważał, żeby mu pasowała. Chciał, to było oczywiste. Nie miał zamiaru o nic walczyć.
// percepcja ◉◉◉◉○ + masa innych przewag wymienionych już wcześniej, głównie numerologia
with all due respect, which is none