04.10.2025, 17:05 ✶
Spóźniła się na spotkanie tylko odrobinę. Zaledwie parę minut, a idąc lekko wsparta o drewnianą laseczkę, nadal pogrążona była w rozmowie z małą grupą stażystów. Żegnali się jednak już grzecznie, gnani kolejnymi obowiązkami, Ach młodość.
Posłała przepraszające spojrzenie Anthony’emu, kończąc dyskusję z ostałą się dwójką, ostatniego zatrzymując tylko na chwilę, aby… przedstawić go swojemu przyjacielowi.
- Pan Roderick Finnigan, nasz tegoroczny absolwent. Niezwykle uzdolniony w kwestiach prawa handlu międzynarodowego. Serce mi pęka na samą myśl, że będę go musiała oddać do waszego Departamentu, ale cóż… Marnowałby się u nas.
Zachwycała się przez chwilę nad czerwonym aż po uszy czarodziejem. Brakowało tylko cioteczkowego pociągnięcia za policzki. W chwilach takich jak ta, gdy Lorien Mulciber promieniowała tą dziwaczną dumą ze swoich kursantów, można było odnieść wrażenie, że świat wcale nie jest aż taki zły. Wojna czy nie - młodzi ludzie wciąż dorastali, kończyli swoje kursy, odnajdywali swoją drogę… Tylko oni od lat tkwili w tym samym miejscu.
"Ktoś musiał. Padło na nich." powtarzała często.
W końcu jednak opuścili Ministerstwo Magii. Użycie sieci Fiuu było niemożliwe - kominek nie przetrwał pożaru, połączenie zostało zerwane; teleportacja - zbyt niebezpieczna, biorąc pod uwagę, że żadne do końca nie wiedział co zastaną w środku.
Został więc spacer.
Opierała się na ramieniu Anthony’ego nieco bardziej niż zwykle, starając się odciążyć wciąż nie w pełni sprawne ciało. Ale nie krzywiła się, nie narzekała. To był po prostu miły spacer.
Odruchowo pociągnęła go na drugą stronę ulicy - z dala od ciemnej toni kanału, do którego pod żadnym pozorem nie zamierzała się zbliżać. Unikała nawet patrzenia w tamtą stronę, jakby z obawy, że woda wyczuje jej obawę. To było głupie. Wiedziała. Ale nie mogła nic na to poradzić.
- Jak ci minął tydzień?
- Męcząco.- Przyznała uczciwie. Ale pokręciła głową dając znać, że nie, nie chodziło o zdrowie. Czuła się dobrze. Podniosła kołnierzyk swojego czarnego płaszcza, żeby ochronić szyję od chłodnego podmuchu wiatru.- Na szczęście nie ucierpieliśmy jako Departament w zeszłotygodniowych atakach, ale… ostatni raz widziałam tak podzielony Wizengamot w ‘63. Zmieniono nam harmonogramy sesji, a Biuro Aurorów naciska na procedowanie w trybie przyspieszonym spraw kilku podejrzanych o kontakty ze Śmierciożercami. - Westchnęła, pomijając przy okazji najważniejszą z kwestii. Sprawę Koroleva. Nie chciała o tym rozmawiać w żadnym potencjalnie publicznym miejscu.
Słuchała Anthony’ego, gdy opowiadał o Little Hangleton. Wspaniale. Aż przykro było myśleć o przepięknej rezydencji Shafiqa w takim stanie. Ale cóż, z pewnością prezentowała się lepiej niż jej własna kamienica.
Bo przed kamienicą właśnie przystanęli. Pożar jaki pożarł połowę dzielnicy, odcisnął wyraźne piętno na budynku zlokalizowanym tuż przy samym Regent’s Canal. Chociaż sama konstrukcja budynku wciąż się trzymała, podobnie zresztą jej nienaruszone fundamenty i dach, to już z zewnątrz było widać pierwsze naruszenia. Nie mniej, kilkoro robotników wysłanych z ramienia mugolskich władz już krzątało się, próbując doszorować z sadzy ściany i cudem zachowane okna. Skinęła im w milczeniu głową, podchodząc do drzwi wejściowych, trzymających się na słowo honoru.
- Nie cieszy Cię przyjazd rodziców.- Nie zapytała. Zauważyła.- Zatrzymają się u ciebie czy u Jacqueline? Jak się w ogóle ma twoja siostra?- Pchnęła drzwi, które ustąpiły zdecydowanie zbyt łatwo. Zrobiła mentalną notatkę, że je trzeba wymienić jako pierwsze.
W środku było jeszcze bardziej przygnębiająco niż na zewnątrz. Gdy już zniknęli mugolom z oczu, wyciągnęła różdżkę oświetlają korytarz na parterze. Po niegdyś drogich, ręcznie malowanych włoskich tapetach pozostały resztki częściowo zwęglone, częściowo zalane po próbie gaszenia budynku. Wszystkie meble - zabytkowy stolik, komoda nawet głupi wieszak na płaszcze były zwęglone.
- Mabon… Prawdopodobnie spędzę je z Alexandrem i ciocią Seliną. Rozmawiałam z matką. Oświadczyła mi, że nie planują powrotu do Londynu póki nie doprowadzimy go do porządku. Nie mówię, że nagle kusząca stała się wizja vetowania budżetów na reparacje, ale…- Zawiesiła głos i zaśmiała się cicho. Cóż je pozostało? Śmiać się. Podniosła przewróconą lampkę z potłuczonym kloszem.- Wiem też, że córka mojego szwagra, Scarlett, jest bardzo… jakby to powiedzieć… zaangażowana w życie rodziny. Może też pojawi się na Mabon. Przejdźmy na górę.
Wskazała na schody prowadzące na piętro. Tam straty z pewnością były dotkliwsze. Na parterze poza korytarzykiem, kuchnią i jakimś dodatkowym schowkiem na miotły nie było nic ciekawego.
Teraz dopiero Anthony mógł sobie uświadomić jak niewielka w gruncie rzeczy była to kamienica.
Posłała przepraszające spojrzenie Anthony’emu, kończąc dyskusję z ostałą się dwójką, ostatniego zatrzymując tylko na chwilę, aby… przedstawić go swojemu przyjacielowi.
- Pan Roderick Finnigan, nasz tegoroczny absolwent. Niezwykle uzdolniony w kwestiach prawa handlu międzynarodowego. Serce mi pęka na samą myśl, że będę go musiała oddać do waszego Departamentu, ale cóż… Marnowałby się u nas.
Zachwycała się przez chwilę nad czerwonym aż po uszy czarodziejem. Brakowało tylko cioteczkowego pociągnięcia za policzki. W chwilach takich jak ta, gdy Lorien Mulciber promieniowała tą dziwaczną dumą ze swoich kursantów, można było odnieść wrażenie, że świat wcale nie jest aż taki zły. Wojna czy nie - młodzi ludzie wciąż dorastali, kończyli swoje kursy, odnajdywali swoją drogę… Tylko oni od lat tkwili w tym samym miejscu.
"Ktoś musiał. Padło na nich." powtarzała często.
W końcu jednak opuścili Ministerstwo Magii. Użycie sieci Fiuu było niemożliwe - kominek nie przetrwał pożaru, połączenie zostało zerwane; teleportacja - zbyt niebezpieczna, biorąc pod uwagę, że żadne do końca nie wiedział co zastaną w środku.
Został więc spacer.
Opierała się na ramieniu Anthony’ego nieco bardziej niż zwykle, starając się odciążyć wciąż nie w pełni sprawne ciało. Ale nie krzywiła się, nie narzekała. To był po prostu miły spacer.
Odruchowo pociągnęła go na drugą stronę ulicy - z dala od ciemnej toni kanału, do którego pod żadnym pozorem nie zamierzała się zbliżać. Unikała nawet patrzenia w tamtą stronę, jakby z obawy, że woda wyczuje jej obawę. To było głupie. Wiedziała. Ale nie mogła nic na to poradzić.
- Jak ci minął tydzień?
- Męcząco.- Przyznała uczciwie. Ale pokręciła głową dając znać, że nie, nie chodziło o zdrowie. Czuła się dobrze. Podniosła kołnierzyk swojego czarnego płaszcza, żeby ochronić szyję od chłodnego podmuchu wiatru.- Na szczęście nie ucierpieliśmy jako Departament w zeszłotygodniowych atakach, ale… ostatni raz widziałam tak podzielony Wizengamot w ‘63. Zmieniono nam harmonogramy sesji, a Biuro Aurorów naciska na procedowanie w trybie przyspieszonym spraw kilku podejrzanych o kontakty ze Śmierciożercami. - Westchnęła, pomijając przy okazji najważniejszą z kwestii. Sprawę Koroleva. Nie chciała o tym rozmawiać w żadnym potencjalnie publicznym miejscu.
Słuchała Anthony’ego, gdy opowiadał o Little Hangleton. Wspaniale. Aż przykro było myśleć o przepięknej rezydencji Shafiqa w takim stanie. Ale cóż, z pewnością prezentowała się lepiej niż jej własna kamienica.
Bo przed kamienicą właśnie przystanęli. Pożar jaki pożarł połowę dzielnicy, odcisnął wyraźne piętno na budynku zlokalizowanym tuż przy samym Regent’s Canal. Chociaż sama konstrukcja budynku wciąż się trzymała, podobnie zresztą jej nienaruszone fundamenty i dach, to już z zewnątrz było widać pierwsze naruszenia. Nie mniej, kilkoro robotników wysłanych z ramienia mugolskich władz już krzątało się, próbując doszorować z sadzy ściany i cudem zachowane okna. Skinęła im w milczeniu głową, podchodząc do drzwi wejściowych, trzymających się na słowo honoru.
- Nie cieszy Cię przyjazd rodziców.- Nie zapytała. Zauważyła.- Zatrzymają się u ciebie czy u Jacqueline? Jak się w ogóle ma twoja siostra?- Pchnęła drzwi, które ustąpiły zdecydowanie zbyt łatwo. Zrobiła mentalną notatkę, że je trzeba wymienić jako pierwsze.
W środku było jeszcze bardziej przygnębiająco niż na zewnątrz. Gdy już zniknęli mugolom z oczu, wyciągnęła różdżkę oświetlają korytarz na parterze. Po niegdyś drogich, ręcznie malowanych włoskich tapetach pozostały resztki częściowo zwęglone, częściowo zalane po próbie gaszenia budynku. Wszystkie meble - zabytkowy stolik, komoda nawet głupi wieszak na płaszcze były zwęglone.
- Mabon… Prawdopodobnie spędzę je z Alexandrem i ciocią Seliną. Rozmawiałam z matką. Oświadczyła mi, że nie planują powrotu do Londynu póki nie doprowadzimy go do porządku. Nie mówię, że nagle kusząca stała się wizja vetowania budżetów na reparacje, ale…- Zawiesiła głos i zaśmiała się cicho. Cóż je pozostało? Śmiać się. Podniosła przewróconą lampkę z potłuczonym kloszem.- Wiem też, że córka mojego szwagra, Scarlett, jest bardzo… jakby to powiedzieć… zaangażowana w życie rodziny. Może też pojawi się na Mabon. Przejdźmy na górę.
Wskazała na schody prowadzące na piętro. Tam straty z pewnością były dotkliwsze. Na parterze poza korytarzykiem, kuchnią i jakimś dodatkowym schowkiem na miotły nie było nic ciekawego.
Teraz dopiero Anthony mógł sobie uświadomić jak niewielka w gruncie rzeczy była to kamienica.