04.10.2025, 19:04 ✶
Ona naprawdę miała na sobie fuksję. Ten kolor… Merlinie. Nie wiem, kto ją namówił, ale to musiał być ktoś bardzo przekonujący. Nie wiem, co dokładnie mnie w tym zaskoczyło - kolor, fason, albo to, że Prudence naprawdę się na to zdecydowała. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że może to miał być wkręt, zasadzka, bo to był wybór absolutnie nie w jej stylu, ale potem spojrzała na mnie, a ten błysk w oczach był już całkowicie jej - znajomy, przewrotny, trochę wyzywający, trochę niepewny.
To „świetnie” zabrzmiało tak, że aż się roześmiałem, kolejny raz tłumiąc parsknięcie, zanim stało się otwartym, głośnym dźwiękiem. Nie byłem przyzwyczajony do komplementów, właściwie nigdy ich nie potrzebowałem, ale od niej to było zupełnie coś innego. Po latach dawnych szkolnych utarczek i wieloletniej przerwie w relacjach, nauczyliśmy się, jak nie wbijać sobie szpilek. Teraz wbijała inne - te w podeszwach swoich butów, trochę zapadających się w trawie. Buty. O tak, znałem już tę historię, tylko z lakierkami - niby wtedy uparcie nie narzekała, że nie da się w nich chodzić, a teraz znów wybrała niezbyt wygodne obuwie - obcasy - chociaż wiedziała, że w moim towarzystwie nigdy nie będzie wyglądać na szczególnie wysoką, ale najwyraźniej nigdy nie rezygnowała z prób, była cholernie uparta.
Zanim zdążyłem cokolwiek dodać, wyciągnęła rękę i z miną, jakby planowała operację na otwartym sercu, zaczęła grzebać w swojej torebce. Prue, jak to Prue, zareagowała natychmiast. W jej spojrzeniu pojawiło się to lekkie napięcie, które zdradzało, że już analizuje każde moje słowo, ton i oddech. Uniosła brodę. Westchnąłem, śmiejąc się jednocześnie pod nosem. Wcale nie dlatego, że to było śmieszne, raczej dlatego, że nie miałem już żadnych argumentów.
- Po prostu... - Westchnąłem znowu. - Nie patsz.
Nie przestała - oczywiście, że nie - chociaż przewróciłem oczami, czułem, że kąciki ust niebezpiecznie mi drgają. Patrzyła na mnie z tym uporem, co zawsze, a jej oczy… No, cóż, w takich momentach nie umiałem odmówić. Patrzyłem na nią z góry, a mimo to miałem wrażenie, że to ona przejęła kontrolę nad sytuacją.
- No, nieśle... - Mruknąłem pod nosem, zanim zdążyłem się opanować. Rozwiązałem swój czarny krawat i wyprostowałem się, przygotowany na to, co nastąpi. Zaraz jednak dotarło do mnie, że w tych jej obcasach nie sięgnie mi nawet do obojczyków, nachyliłem się więc, dumnie wystawiając szyję jak potulny idiota. Ciepło jej dłoni na mojej skórze, drobne ruchy, gdy poprawiała węzeł - wszystko to miało w sobie coś z intymności, której nie dało się ukryć. Kiedy skończyła, cofnęła się o krok, patrząc na mnie z satysfakcją, spojrzałem w dół, na ten krawat w kolorze fuksji, który świecił się w słońcu. Patrzyłem na nią chwilę, z niedowierzaniem, wiedziałem, że potrafiła być uparta, ale to? To był zupełnie nowy poziom. Westchnąłem i spojrzałem na nią z lekkim przekąsem.
Perfekcyjnie - oczywiście - jakbym kiedykolwiek mógł być perfekcyjny w krawacie w kolorze fuksji, ale nie zamierzałem psuć jej nastroju. Spojrzałem na nią - tę samą dziewczynę, która kiedyś potrafiła mnie doprowadzić do furii na szkolnych korytarzach - i westchnąłem lekko.
- Jasne. - Odparłem cicho. - Idealnie. - Spojrzałem na siebie, potem na nią. Uśmiechnęła się, a ja, choć próbowałem zachować powagę, też nie mogłem się powstrzymać. Fuksjowy krawat lśnił pod światłem popołudnia, jak absurdalny i niepodważalny dowód, że dałem się jej przekonać - albo założyć sobie obroże i wziąć się na smycz, jak powiedzieliby mi co poniektórzy. Nie wyglądałem źle - tego bym nie przyznał głośno, ale musiałem przyznać, że coś w tym było. Kolor był zły w teorii, a jednak dobrze wyglądał w praktyce, albo po prostu dobrze wyglądał, bo to ona go wybrała.
- No, dopsze, pani stylistko, niech ci bęsie. - Mruknąłem, poprawiając materiał, żeby leżał jak należy. - Pszynajmniej będziemy wyglądaś... Spójnie. - Odchrząknąłem, poprawiając mankiet i odwracając się lekko w stronę rzędów krzeseł ustawionych po stronie pana młodego, ludzie powoli zajmowali miejsca, chyba czas było przestać się wygłupiać. Trawa pod nogami pachniała świeżo, powietrze miało w sobie coś odświętnego, a cienie drzew wydłużały się, wokół panował ten szczególny rodzaj szumu - półszeptów, półśmiechów, lekkiego poruszenia, jak to tuż przed rozpoczęciem czegoś ważnego.
- Chodź. - Powiedziałem w końcu, wyciągając ku niej ramię. Nie teatralnie, nie przesadnie - po prostu kulturalnie, tak jak wypadało.
Ruszyliśmy powoli między rzędy krzeseł, w stronę przestrzeni przygotowanej dla gości pana młodego, by zająć miejsca.
To „świetnie” zabrzmiało tak, że aż się roześmiałem, kolejny raz tłumiąc parsknięcie, zanim stało się otwartym, głośnym dźwiękiem. Nie byłem przyzwyczajony do komplementów, właściwie nigdy ich nie potrzebowałem, ale od niej to było zupełnie coś innego. Po latach dawnych szkolnych utarczek i wieloletniej przerwie w relacjach, nauczyliśmy się, jak nie wbijać sobie szpilek. Teraz wbijała inne - te w podeszwach swoich butów, trochę zapadających się w trawie. Buty. O tak, znałem już tę historię, tylko z lakierkami - niby wtedy uparcie nie narzekała, że nie da się w nich chodzić, a teraz znów wybrała niezbyt wygodne obuwie - obcasy - chociaż wiedziała, że w moim towarzystwie nigdy nie będzie wyglądać na szczególnie wysoką, ale najwyraźniej nigdy nie rezygnowała z prób, była cholernie uparta.
Zanim zdążyłem cokolwiek dodać, wyciągnęła rękę i z miną, jakby planowała operację na otwartym sercu, zaczęła grzebać w swojej torebce. Prue, jak to Prue, zareagowała natychmiast. W jej spojrzeniu pojawiło się to lekkie napięcie, które zdradzało, że już analizuje każde moje słowo, ton i oddech. Uniosła brodę. Westchnąłem, śmiejąc się jednocześnie pod nosem. Wcale nie dlatego, że to było śmieszne, raczej dlatego, że nie miałem już żadnych argumentów.
- Po prostu... - Westchnąłem znowu. - Nie patsz.
Nie przestała - oczywiście, że nie - chociaż przewróciłem oczami, czułem, że kąciki ust niebezpiecznie mi drgają. Patrzyła na mnie z tym uporem, co zawsze, a jej oczy… No, cóż, w takich momentach nie umiałem odmówić. Patrzyłem na nią z góry, a mimo to miałem wrażenie, że to ona przejęła kontrolę nad sytuacją.
- No, nieśle... - Mruknąłem pod nosem, zanim zdążyłem się opanować. Rozwiązałem swój czarny krawat i wyprostowałem się, przygotowany na to, co nastąpi. Zaraz jednak dotarło do mnie, że w tych jej obcasach nie sięgnie mi nawet do obojczyków, nachyliłem się więc, dumnie wystawiając szyję jak potulny idiota. Ciepło jej dłoni na mojej skórze, drobne ruchy, gdy poprawiała węzeł - wszystko to miało w sobie coś z intymności, której nie dało się ukryć. Kiedy skończyła, cofnęła się o krok, patrząc na mnie z satysfakcją, spojrzałem w dół, na ten krawat w kolorze fuksji, który świecił się w słońcu. Patrzyłem na nią chwilę, z niedowierzaniem, wiedziałem, że potrafiła być uparta, ale to? To był zupełnie nowy poziom. Westchnąłem i spojrzałem na nią z lekkim przekąsem.
Perfekcyjnie - oczywiście - jakbym kiedykolwiek mógł być perfekcyjny w krawacie w kolorze fuksji, ale nie zamierzałem psuć jej nastroju. Spojrzałem na nią - tę samą dziewczynę, która kiedyś potrafiła mnie doprowadzić do furii na szkolnych korytarzach - i westchnąłem lekko.
- Jasne. - Odparłem cicho. - Idealnie. - Spojrzałem na siebie, potem na nią. Uśmiechnęła się, a ja, choć próbowałem zachować powagę, też nie mogłem się powstrzymać. Fuksjowy krawat lśnił pod światłem popołudnia, jak absurdalny i niepodważalny dowód, że dałem się jej przekonać - albo założyć sobie obroże i wziąć się na smycz, jak powiedzieliby mi co poniektórzy. Nie wyglądałem źle - tego bym nie przyznał głośno, ale musiałem przyznać, że coś w tym było. Kolor był zły w teorii, a jednak dobrze wyglądał w praktyce, albo po prostu dobrze wyglądał, bo to ona go wybrała.
- No, dopsze, pani stylistko, niech ci bęsie. - Mruknąłem, poprawiając materiał, żeby leżał jak należy. - Pszynajmniej będziemy wyglądaś... Spójnie. - Odchrząknąłem, poprawiając mankiet i odwracając się lekko w stronę rzędów krzeseł ustawionych po stronie pana młodego, ludzie powoli zajmowali miejsca, chyba czas było przestać się wygłupiać. Trawa pod nogami pachniała świeżo, powietrze miało w sobie coś odświętnego, a cienie drzew wydłużały się, wokół panował ten szczególny rodzaj szumu - półszeptów, półśmiechów, lekkiego poruszenia, jak to tuż przed rozpoczęciem czegoś ważnego.
- Chodź. - Powiedziałem w końcu, wyciągając ku niej ramię. Nie teatralnie, nie przesadnie - po prostu kulturalnie, tak jak wypadało.
Ruszyliśmy powoli między rzędy krzeseł, w stronę przestrzeni przygotowanej dla gości pana młodego, by zająć miejsca.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)