04.10.2025, 20:06 ✶
Pogoda powoli przestawała pozwalać na chodzenie w porozpinanych płaszczach, a niedawny kaszel groził, że powróci, ilekroć Hannibal wyszedł na zimno z odsłoniętą szyją,
więc chcąc nie chcąc, na kiermasz z okazji Mabon przybył opatulony, w czarnym golfie i brązowej skórzanej kurtce. Buty na grubej podeszwie dodawały mu przynajmniej cal wysokości. Zastanawiał się, czy to już pora na szal, ale ostatecznie zrezygnował. Bez przesady.
Zanurzył się w tłum odwiedzających, w lęk, melancholię i świeże wspomnienie Spalonej Nocy, ale także w uroczyste oczekiwanie i nadzieję - na przychylne spojrzenie Matki, albo może na to, że po tym, co się stało, może być już tylko lepiej. Życie toczyło się dalej, zamknięte w butelkach, zapieczone w ciastach, wrzeźbione i wplecione w rękodzieło, ciepłem dłoni, twardością narzędzi, przetrzebione, ale tym bardziej uparte. Mimo wszystko.
Hannibal wcale się temu nie dziwił. Sam uważał, że doskonale poradził sobie z przeżyciami tamtej nocy, a przecież od dwóch tygodni nurzał się w życiu, desperacko, jakby miało go zabraknąć. Obsesyjnie ćwiczył do nadchodzącej premiery. Tańczył. Umawiał się ze znajomymi. Dokładał wszelkich starań, aby nigdy nie być sam. Nawet mieszkał z przyjacielem, zrządzeniem losu, które było błogosławieństwem przebranym za niedogodność. No i pił - kilka dni temu zorientował się, że właściwie niemal codziennie od Spalonej Nocy. Nie miał pojęcia, jak to się stało.
Na szczęście łatwo było o towarzystwo, będąc Hannibalem Selwynem. Dzisiejszy jarmark opromienił swą obecnością w towarzystwie Jonathana, Jaspera i Mony - zacne towarzystwo, nawet, jeżeli rozmach jarmarku był w tym roku nieco poniżej oczekiwań.
- Myślicie, że to musi być jakaś konkretna świeca, do tego rytuału? To znaczy, bardziej specjalna, niż te zwykłe Mabonowe? - pytanie padło głównie pod adresem Jessiego, na którym młodzieniec zatrzymał wzrok - Ty też chyba potrzebujesz, nie?
Jego własna religijność była mocno okazjonalna, ale skoro trzeba było modlitwy, żeby w domu przestało straszyć, zamierzał się modlić goręcej, niż kiedykolwiek.
Kiermasz z okazji Mabon zwykle obfitował również w kramy z przekąskami i słodyczami, i Hannibal miał nadzieję na pieczone jabłka. Póki co, kupił zapasy orzechów dla Arabeski, słój miodu (za namową Mony) i drugi, marynowanej w korzennych przyprawach dyni piżmowej, który zamierzał podrzucić potajemnie do lodówki Henry'ego, ale jedyne owoce, jakie udało mu się wypatrzyć, były albo całkowicie surowe, albo upieczone… cóż, w stopniu uniemożliwiającym spożycie.
- Suszone to bym jeszcze wziął, ale to chyba trochę przesada… - z powątpiewaniem wziął w palce węgielek, będący kiedyś prawdopodobnie jabłkiem i pokazał go towarzyszom - Muszą być bardzo zdesperowani, skoro usiłują sprzedać nawet takie resztki...
więc chcąc nie chcąc, na kiermasz z okazji Mabon przybył opatulony, w czarnym golfie i brązowej skórzanej kurtce. Buty na grubej podeszwie dodawały mu przynajmniej cal wysokości. Zastanawiał się, czy to już pora na szal, ale ostatecznie zrezygnował. Bez przesady.
Zanurzył się w tłum odwiedzających, w lęk, melancholię i świeże wspomnienie Spalonej Nocy, ale także w uroczyste oczekiwanie i nadzieję - na przychylne spojrzenie Matki, albo może na to, że po tym, co się stało, może być już tylko lepiej. Życie toczyło się dalej, zamknięte w butelkach, zapieczone w ciastach, wrzeźbione i wplecione w rękodzieło, ciepłem dłoni, twardością narzędzi, przetrzebione, ale tym bardziej uparte. Mimo wszystko.
Hannibal wcale się temu nie dziwił. Sam uważał, że doskonale poradził sobie z przeżyciami tamtej nocy, a przecież od dwóch tygodni nurzał się w życiu, desperacko, jakby miało go zabraknąć. Obsesyjnie ćwiczył do nadchodzącej premiery. Tańczył. Umawiał się ze znajomymi. Dokładał wszelkich starań, aby nigdy nie być sam. Nawet mieszkał z przyjacielem, zrządzeniem losu, które było błogosławieństwem przebranym za niedogodność. No i pił - kilka dni temu zorientował się, że właściwie niemal codziennie od Spalonej Nocy. Nie miał pojęcia, jak to się stało.
Na szczęście łatwo było o towarzystwo, będąc Hannibalem Selwynem. Dzisiejszy jarmark opromienił swą obecnością w towarzystwie Jonathana, Jaspera i Mony - zacne towarzystwo, nawet, jeżeli rozmach jarmarku był w tym roku nieco poniżej oczekiwań.
- Myślicie, że to musi być jakaś konkretna świeca, do tego rytuału? To znaczy, bardziej specjalna, niż te zwykłe Mabonowe? - pytanie padło głównie pod adresem Jessiego, na którym młodzieniec zatrzymał wzrok - Ty też chyba potrzebujesz, nie?
Jego własna religijność była mocno okazjonalna, ale skoro trzeba było modlitwy, żeby w domu przestało straszyć, zamierzał się modlić goręcej, niż kiedykolwiek.
Kiermasz z okazji Mabon zwykle obfitował również w kramy z przekąskami i słodyczami, i Hannibal miał nadzieję na pieczone jabłka. Póki co, kupił zapasy orzechów dla Arabeski, słój miodu (za namową Mony) i drugi, marynowanej w korzennych przyprawach dyni piżmowej, który zamierzał podrzucić potajemnie do lodówki Henry'ego, ale jedyne owoce, jakie udało mu się wypatrzyć, były albo całkowicie surowe, albo upieczone… cóż, w stopniu uniemożliwiającym spożycie.
- Suszone to bym jeszcze wziął, ale to chyba trochę przesada… - z powątpiewaniem wziął w palce węgielek, będący kiedyś prawdopodobnie jabłkiem i pokazał go towarzyszom - Muszą być bardzo zdesperowani, skoro usiłują sprzedać nawet takie resztki...