05.10.2025, 02:00 ✶
Dolohov wesel nie lubił. Ostatnie, na które się wybrał, było wyjątkowo dobijające, ale i generalnie wesela kojarzyły mu się ze wszystkim co najgorsze: z kobietami. No dobra, przesadzał. Nie nienawidził kobiet. Zwyczajnie nie cierpiał kiedy musiał dzielić z nimi życie w sposób, który zmuszał go do wiecznego udawania bezgranicznej miłości. Nie kochał ani swojej pierwszej żony, ani drugiej. Nie mogły jednak czuć się w tej oziębłości wyjątkowe, bo on generalnie żadnej kobiety nigdy w romantyczny sposób nie pokochał. I nigdy nie pokocha.
Londyn o jego upodobaniach nie widział. Mieli go za dziwaka i ekscentryka, ale twardo trzymał się również obrazu dobrego męża – stawił się tu zresztą z Annaleigh właśnie, nawet jeżeli zaciągnął ją na krótką chwilę, bo ta zaraz musiała uciekać do pracy, a on... No właśnie, nie lubił wesel, więc zmyje się razem z nią.
Wesela przypominały mu o wszystkim co stracił i czego nie miał. Wesela przypominały mu o tym, że człowiek będący ucieleśnieniem jego młodzieńczych pragnień wymknął się bocznymi drzwiami kiedy tylko zrobiło się goręcej. Wesela przypominały mu o zobowiązaniach wobec rodziny. O tym, jaka ta rodzina potrafiła być okrutna i jaki jego ojciec potrafił być bezczelny mimo sędziwego wieku. Przypominały mu o tym, że chłopakowi co go sobie teraz zakręcał wokół palca mógł obiecywać dziesiątki gwiazd z nieba i każdą nazwać jego imieniem, ale nigdy nie da mu podobnego przyjęcia, żeby uczcić razem łączące ich uczucie.
Wesela były też miejscami, podczas których nie wypadało zwracać na siebie szczególnej uwagi, bo ta powinna być skierowana na parę młodą.
I co to za życie? Co to za przyjęcie, na którym nie miał błyszczeć? Przyjęcie, co się na nim nawet nie dało opowiedzieć gdzie i jak poznał pannę młodą, bo nie wypadało robić jej wstydu przy tylu osobach. Przyjęcie przypominające mu o własnych niedostatkach i o tym, że niewątpliwie był chory i się z tej choroby już nigdy nie wyleczy, bo kiedy tylko dostrzegł gdzieś pomiędzy kłębiącymi się gośćmi poprzeplatane bielą, czarne loki, w gardle stanęła mu gula. Przypomniał sobie od razu ten list, co go dostał niedawno i odpisał coś wrednego. Jak typowy tchórz postanowił uciec, pociągnął nawet Ankę w kierunku krzeseł, ale ta uśmiechnęła się upiornie widząc go w takim stanie i najwyraźniej postanowiła zabawić się chwilą.
– To jakiś twój fan, Silly? – Zapytała wyraźnie rozbawiona, ale Vakela wcale to nie bawiło. Wybór stonowanej marynarki, pozbawionej nadmiernie (jak na jego standardy) pstrokatych ozdób był rozsądny, ale zdecydowanie nie przywykł do tego, że się tym samym cofnął o kilka szczebli drabiny unikalności. Jeszcze gdyby to był ktokolwiek inny, a nie ten pajac, to może jakoś by to zniósł, ale trzymajcie go, bo zaraz zemdleje – ubrali się z Morfeuszem w prawie identyczne wzory. W dodatku przez próbę zagrania ze strojem swoim i Annaleigh lekkim kontrastem, kobieta wyglądała bardziej na żonę Morfeusza niż jego.
– Gorzej. – Brzmiał przy tym jakby miał zemdleć, ale wystarczyły trzy sekundy, żeby zebrał się w sobie i odetchnął. – Ale od kiedy to cię w ogóle obchodzi?
A będzie jeszcze gorzej!
Czasami pewne rzeczy się wiedziało. Stąd właśnie wiadomo było, że człowiek był Widzącym – bo wiedział. Dolohov na przykład wiedział teraz, że oboje z Morfeuszem byli gośćmi panny młodej. Wiedział też, że za chwilę zajmą krzesła obok siebie, bo absolutnie nikt nie śmie ich rozdzielić – przecież od razu widać po nich, że przyszli tutaj w trójkę. Kurwa mać.
– Już nie zdążysz zapalić. – Powiedziała wesoło, machając do Longbottoma zachęcająco.
– Wiem! – Wiedział o tym jak nikt inny! Nie mając dostępu do fajek, przeczesał palcami grzywkę. Niby elegancko, ale kto go znał wiedział dobrze, że robił tak zawsze, kiedy zjadały go nerwy i nie wiedział co zrobić z rękoma. – Jesteś dzisiaj dowcipna, wiesz? Może zaprosimy twoją mamusię na obiad? Była ostatnio trochę przybi-
Urwał, kiedy tylko inna osoba znalazła się w zasięgu słyszalności.
Londyn o jego upodobaniach nie widział. Mieli go za dziwaka i ekscentryka, ale twardo trzymał się również obrazu dobrego męża – stawił się tu zresztą z Annaleigh właśnie, nawet jeżeli zaciągnął ją na krótką chwilę, bo ta zaraz musiała uciekać do pracy, a on... No właśnie, nie lubił wesel, więc zmyje się razem z nią.
Wesela przypominały mu o wszystkim co stracił i czego nie miał. Wesela przypominały mu o tym, że człowiek będący ucieleśnieniem jego młodzieńczych pragnień wymknął się bocznymi drzwiami kiedy tylko zrobiło się goręcej. Wesela przypominały mu o zobowiązaniach wobec rodziny. O tym, jaka ta rodzina potrafiła być okrutna i jaki jego ojciec potrafił być bezczelny mimo sędziwego wieku. Przypominały mu o tym, że chłopakowi co go sobie teraz zakręcał wokół palca mógł obiecywać dziesiątki gwiazd z nieba i każdą nazwać jego imieniem, ale nigdy nie da mu podobnego przyjęcia, żeby uczcić razem łączące ich uczucie.
Wesela były też miejscami, podczas których nie wypadało zwracać na siebie szczególnej uwagi, bo ta powinna być skierowana na parę młodą.
I co to za życie? Co to za przyjęcie, na którym nie miał błyszczeć? Przyjęcie, co się na nim nawet nie dało opowiedzieć gdzie i jak poznał pannę młodą, bo nie wypadało robić jej wstydu przy tylu osobach. Przyjęcie przypominające mu o własnych niedostatkach i o tym, że niewątpliwie był chory i się z tej choroby już nigdy nie wyleczy, bo kiedy tylko dostrzegł gdzieś pomiędzy kłębiącymi się gośćmi poprzeplatane bielą, czarne loki, w gardle stanęła mu gula. Przypomniał sobie od razu ten list, co go dostał niedawno i odpisał coś wrednego. Jak typowy tchórz postanowił uciec, pociągnął nawet Ankę w kierunku krzeseł, ale ta uśmiechnęła się upiornie widząc go w takim stanie i najwyraźniej postanowiła zabawić się chwilą.
– To jakiś twój fan, Silly? – Zapytała wyraźnie rozbawiona, ale Vakela wcale to nie bawiło. Wybór stonowanej marynarki, pozbawionej nadmiernie (jak na jego standardy) pstrokatych ozdób był rozsądny, ale zdecydowanie nie przywykł do tego, że się tym samym cofnął o kilka szczebli drabiny unikalności. Jeszcze gdyby to był ktokolwiek inny, a nie ten pajac, to może jakoś by to zniósł, ale trzymajcie go, bo zaraz zemdleje – ubrali się z Morfeuszem w prawie identyczne wzory. W dodatku przez próbę zagrania ze strojem swoim i Annaleigh lekkim kontrastem, kobieta wyglądała bardziej na żonę Morfeusza niż jego.
– Gorzej. – Brzmiał przy tym jakby miał zemdleć, ale wystarczyły trzy sekundy, żeby zebrał się w sobie i odetchnął. – Ale od kiedy to cię w ogóle obchodzi?
A będzie jeszcze gorzej!
Czasami pewne rzeczy się wiedziało. Stąd właśnie wiadomo było, że człowiek był Widzącym – bo wiedział. Dolohov na przykład wiedział teraz, że oboje z Morfeuszem byli gośćmi panny młodej. Wiedział też, że za chwilę zajmą krzesła obok siebie, bo absolutnie nikt nie śmie ich rozdzielić – przecież od razu widać po nich, że przyszli tutaj w trójkę. Kurwa mać.
– Już nie zdążysz zapalić. – Powiedziała wesoło, machając do Longbottoma zachęcająco.
– Wiem! – Wiedział o tym jak nikt inny! Nie mając dostępu do fajek, przeczesał palcami grzywkę. Niby elegancko, ale kto go znał wiedział dobrze, że robił tak zawsze, kiedy zjadały go nerwy i nie wiedział co zrobić z rękoma. – Jesteś dzisiaj dowcipna, wiesz? Może zaprosimy twoją mamusię na obiad? Była ostatnio trochę przybi-
Urwał, kiedy tylko inna osoba znalazła się w zasięgu słyszalności.
with all due respect, which is none