05.10.2025, 16:06 ✶
Przebywanie wśród tłumu niezbyt było czymś, na co miała aktualnie ochotę, biorąc pod uwagę wszystko to, co się ostatnio działo, jednak nie mogła również tak po prostu odpuścić ślubu Roise. Nie wspominała więc nikomu o tym, jak bardzo nie czuła się na siłach, żeby przebywać wśród tłumu ludzi, których w większości nie zna, a po prostu przygotowała się na tyle, na ile mogła i miała nadzieję, że jakoś to będzie. W końcu, ile to razy miała takie odczucia, a sama impreza, czy spotkanie okazywały się całkiem w porządku!
Ubrana była w długą, butelkowo zieloną suknię z podobnymi wyszytymi motywami, jak na marynarce jej brata. Przy butach zrobiła jednak drobny wyjątek od obcasów, które zwykle pewnie by założyła, na rzecz dalej eleganckich, ale jednak butów na płaskiej podeszwie, by nie utknąć gdzieś w trawie, biorąc pod uwagę przyjęcie w plenerze. Włosy miała podkręcone, spięte częściowo z tyłu, jednak dalej opadające na jej plecy. Jej dzieci, by dopełnić obrazu rodziny, również nosiły się w ciemnej zieleni z podobnymi wyszywanymi wzorami, jak Jackie oraz Anthony.
To, że dogadywali się jakkolwiek z Anthonym, sprawiało, że czuła się dziwnie. Pozostawiało po części odczucie, że nie do końca wszystko jest tak, jak powinno, że coś w tym jest nienaturalne, nawet jeśli była świadoma, że w zasadzie nic w tym nienaturalnego nie było, jedynie odzywały się lata animozji i nieporozumień, które odbiły się na ich relacji, a które również zakorzeniły w niej przekonanie, że z Anthonym nie miała szans na żadną pozytywną relację. Co jakiś czas łapała się na tym, że próbowała doszukiwać się dziury w całym, szukać jakichkolwiek haczyków, czy drobnych kruczków w gestach, czy zachowaniu brata, jakby nie do końca wierząc, że to wszystko zaraz nie rozsypie się jak domek z kart, a ich relacja nie wróci do tego, co było wcześniej. Zwykle starała się te wątpliwości zepchnąć gdzieś w głąb umysłu, by nie roztrząsać ich zanadto i po prostu próbować reagować na to, co dzieje się tu i teraz. Z drugiej strony cieszyła się, że w końcu jakoś tę relację próbują nawiązać, nawet jeśli było to strasznie późno. Póki co szło im całkiem nieźle, więc może nie miała nawet o co się martwić?
— Cieszę się ze zmian, jakie zachodzą. — Stwierdziła, dopasowując się językiem, którym się posługiwał, nie konkretyzując jednak mocniej, nie chcąc nakierowywać dzieci na myśl, że ona i Anthony nie mieli dotąd zbyt dobrej relacji, a wręcz nawet była ona miejscami zakrawająca o wrogość. Jasne, mogła się wykręcać, że widują się z wujkiem rzadko, bo jest on bardzo zajęty, albo wymyślać różne inne powody, jednak nigdy jakoś otwarcie nie wskazywała dzieciom na to, że z bratem jej się nie układało. I teraz nie chciała tego zmieniać, a widziała już znajome pochylenie Linnei ku Rowanowi, by cicho przetłumaczyć mu słowa, jakie padały między dorosłymi, w języku, którego tylko Rowan z ich czwórki nie potrafił zrozumieć.
— Dziękuję za komplement, Antoni. Butelkowa zieleń była dobrym pomysłem, podkreśla nam kolor oczu. — Pochwaliła jego wybór, podsuwając mu również informację, której jego oczy zapewne nie mogły wyłapać, a która mogła mu się kiedyś jeszcze przydać. Sama zaś zaczęła rozglądać się po gościach. Czy był tu ktoś, kogo kojarzyła? Na pewno wyłapała Roselyn, której jeśli tylko ich spojrzenia się skrzyżowały, posłała uśmiech i skinienie głową na powitanie. Gdzieś przewinął jej się Atreus, do którego również posłała uśmiech.
— Oh, byłaby wniebowzięta, gdybym go złapała. Jakaż szkoda, że nie zaliczam się jako panna, by wziąć w tej tradycji udział... — Stwierdziła z drobnym sarkazmem. Doskonale wiedziała, że gdyby złapała bukiet, nie miałaby życia i natychmiast zostałaby zmuszona do ustawianych randek w ciemno ze wszelkimi możliwymi mężczyznami, którzy jakkolwiek pasowaliby w rolę wymarzonego zięcia dla jej rodziców, bez nawet wzięcia pod uwagę jakkolwiek jej zdania na dany temat. Nawet jeśli bukiet leciałby prosto w jej ręce, zapewne zrobiłaby przed nim unik, byleby tylko uciec od tej jakże przerażającej wizji.
Zwróciła oczy w kierunku, który wskazywał Anthony, na cztery wolne miejsca i skinęła głową, powoli kierując się ku nim i upewniając się, że bliźniaki jeszcze nie odbiegły w gąszcz roślin, by zrujnować swoje ubrania i nabawić się liści we włosach. Później mogli poszaleć, póki co jeszcze musieli przeboleć cały ceremoniał i początki imprezy, kiedy trzeba było się trzymać uporządkowania, jakże nudnego dla dzieci w ich wieku.
Zajęli miejsca, a w międzyczasie wyłapała i trochę innych osób, które witały się z daleka, zapewne z jej bratem, jednak z uprzejmości również posyłała im czy to uśmiech, czy skinięcie głową.
Ubrana była w długą, butelkowo zieloną suknię z podobnymi wyszytymi motywami, jak na marynarce jej brata. Przy butach zrobiła jednak drobny wyjątek od obcasów, które zwykle pewnie by założyła, na rzecz dalej eleganckich, ale jednak butów na płaskiej podeszwie, by nie utknąć gdzieś w trawie, biorąc pod uwagę przyjęcie w plenerze. Włosy miała podkręcone, spięte częściowo z tyłu, jednak dalej opadające na jej plecy. Jej dzieci, by dopełnić obrazu rodziny, również nosiły się w ciemnej zieleni z podobnymi wyszywanymi wzorami, jak Jackie oraz Anthony.
To, że dogadywali się jakkolwiek z Anthonym, sprawiało, że czuła się dziwnie. Pozostawiało po części odczucie, że nie do końca wszystko jest tak, jak powinno, że coś w tym jest nienaturalne, nawet jeśli była świadoma, że w zasadzie nic w tym nienaturalnego nie było, jedynie odzywały się lata animozji i nieporozumień, które odbiły się na ich relacji, a które również zakorzeniły w niej przekonanie, że z Anthonym nie miała szans na żadną pozytywną relację. Co jakiś czas łapała się na tym, że próbowała doszukiwać się dziury w całym, szukać jakichkolwiek haczyków, czy drobnych kruczków w gestach, czy zachowaniu brata, jakby nie do końca wierząc, że to wszystko zaraz nie rozsypie się jak domek z kart, a ich relacja nie wróci do tego, co było wcześniej. Zwykle starała się te wątpliwości zepchnąć gdzieś w głąb umysłu, by nie roztrząsać ich zanadto i po prostu próbować reagować na to, co dzieje się tu i teraz. Z drugiej strony cieszyła się, że w końcu jakoś tę relację próbują nawiązać, nawet jeśli było to strasznie późno. Póki co szło im całkiem nieźle, więc może nie miała nawet o co się martwić?
— Cieszę się ze zmian, jakie zachodzą. — Stwierdziła, dopasowując się językiem, którym się posługiwał, nie konkretyzując jednak mocniej, nie chcąc nakierowywać dzieci na myśl, że ona i Anthony nie mieli dotąd zbyt dobrej relacji, a wręcz nawet była ona miejscami zakrawająca o wrogość. Jasne, mogła się wykręcać, że widują się z wujkiem rzadko, bo jest on bardzo zajęty, albo wymyślać różne inne powody, jednak nigdy jakoś otwarcie nie wskazywała dzieciom na to, że z bratem jej się nie układało. I teraz nie chciała tego zmieniać, a widziała już znajome pochylenie Linnei ku Rowanowi, by cicho przetłumaczyć mu słowa, jakie padały między dorosłymi, w języku, którego tylko Rowan z ich czwórki nie potrafił zrozumieć.
— Dziękuję za komplement, Antoni. Butelkowa zieleń była dobrym pomysłem, podkreśla nam kolor oczu. — Pochwaliła jego wybór, podsuwając mu również informację, której jego oczy zapewne nie mogły wyłapać, a która mogła mu się kiedyś jeszcze przydać. Sama zaś zaczęła rozglądać się po gościach. Czy był tu ktoś, kogo kojarzyła? Na pewno wyłapała Roselyn, której jeśli tylko ich spojrzenia się skrzyżowały, posłała uśmiech i skinienie głową na powitanie. Gdzieś przewinął jej się Atreus, do którego również posłała uśmiech.
— Oh, byłaby wniebowzięta, gdybym go złapała. Jakaż szkoda, że nie zaliczam się jako panna, by wziąć w tej tradycji udział... — Stwierdziła z drobnym sarkazmem. Doskonale wiedziała, że gdyby złapała bukiet, nie miałaby życia i natychmiast zostałaby zmuszona do ustawianych randek w ciemno ze wszelkimi możliwymi mężczyznami, którzy jakkolwiek pasowaliby w rolę wymarzonego zięcia dla jej rodziców, bez nawet wzięcia pod uwagę jakkolwiek jej zdania na dany temat. Nawet jeśli bukiet leciałby prosto w jej ręce, zapewne zrobiłaby przed nim unik, byleby tylko uciec od tej jakże przerażającej wizji.
Zwróciła oczy w kierunku, który wskazywał Anthony, na cztery wolne miejsca i skinęła głową, powoli kierując się ku nim i upewniając się, że bliźniaki jeszcze nie odbiegły w gąszcz roślin, by zrujnować swoje ubrania i nabawić się liści we włosach. Później mogli poszaleć, póki co jeszcze musieli przeboleć cały ceremoniał i początki imprezy, kiedy trzeba było się trzymać uporządkowania, jakże nudnego dla dzieci w ich wieku.
Zajęli miejsca, a w międzyczasie wyłapała i trochę innych osób, które witały się z daleka, zapewne z jej bratem, jednak z uprzejmości również posyłała im czy to uśmiech, czy skinięcie głową.