05.10.2025, 16:30 ✶
Nie wyglądałem na szczególnie zachwyconego, to fakt, różowy krawat nie był dokładnie tym, co planowałem dziś założyć, ale kiedy już mi go zaprezentowała, a potem uśmiechnęła się z własnego triumfu, coś we mnie pękło. Miała oczy właśnie po to, żeby patrzeć - jakież to było proste - problem w tym, że kiedy to robiła w ten swój sposób, cała moja pewność odrobinę się chwiała. To spojrzenie - trochę rozbrajające, trochę zuchwałe - miało w sobie coś z przewagi, którą potrafiła wykorzystać z premedytacją. Wiedziałem o tym doskonale, ale nie potrafiłem jej tego odmówić.
- Wiem. - Odpowiedziałem, a mój głos zabrzmiał bardziej ugodowo, niż planowałem. Zresztą, kiedy patrzyła na mnie w ten sposób, z tą swoją półpoważną miną i lekko drgającym kącikiem ust, trudno było nie odwzajemnić uśmiechu. Zresztą, cholera, chyba wykorzystywała to z pełną premedytacją. Wystarczyło, że uniosła wzrok spod tych rzęs, lekko przechyliła głowę - i już czułem, że cała ta moja twarda powłoka zaczyna mięknąć. To było niebezpieczne, ale też... Całkiem przyjemne. Cóż, prawda była taka, że nie miałem serca jej tego odmówić. Mógłbym, ale co by to zmieniło?
To był tylko krawat, nic wielkiego, a jednak jakimś cudem zmienił układ sił. Z początku myślałem, że zrobi to dla żartu, że się rozmyśli, ale nie - Prue była śmiertelnie poważna, i chociaż nie wyglądałem na szczególnie zachwyconego jej pomysłem, to pozwoliłem jej zawiązać ten przeklęty różowy krawat na mojej szyi. Po chwili nawet się z tego śmiałem, bo trudno było inaczej. Spojrzałem na nią kątem oka - w jej głosie było coś szczerego, niepodrabialnego.
- Mloczną, tak? Fantastycznie. Właśnie tego potszebowałem. - Mruknąłem z udawanym niezadowoleniem, poprawiając ten nieszczęsny węzeł, chociaż był zawiązany perfekcyjnie. - Cósz, telas pszynajmniej wyglądam jak ktoś, kto nie planuje sabotaszu wesela. Widaś mnie na milę. - Pokręciłem głową, spoglądając w bok, jakbym kiedykolwiek rzeczywiście rozważał ten absurdalny scenariusz.
Prue wyglądała teraz na dużo spokojniejszą, jakby cała ta wymiana zdań rozluźniła ją skuteczniej niż jakikolwiek kieliszek szampana. Jej uśmiech złagodniał, a ramiona przestały być tak napięte. Zrozumiałem, że o to jej chodziło - żeby mieć pretekst, coś, na czym może się skupić, zamiast rozmyślać o tym, że wokół setka ludzi, w większości obcych. Widząc, jak powoli się rozluźnia i znika z niej ten początkowy stres, poczułem coś na kształt satysfakcji. Wbrew wszystkiemu, co o sobie myślałem, wychodziło mi całkiem nieźle rozpraszanie ludzi luźną, przyjemną gadką.
Wokół nas ruch powoli cichł, goście zajmowali miejsca, rozmowy przechodziły w szmery i szepty, zrozumiałem, że czas ruszyć. Ceremonia miała zacząć się dosłownie za chwilę - przypominały o tym kolejne mijające nas osoby, kierujące się w stronę krzeseł ustawionych przy ołtarzu. Tłum powoli przesuwał się w stronę rzędów krzeseł, rozejrzałem się - było już prawie pełno, czas uciekał.
- O, w to akulat nikt nie swątpi. - Spojrzałem na nią raz jeszcze, poprawiłem rękawy i westchnąłem cicho, tym razem bez teatralności. Mogliśmy ruszyć. Jej palce były drobne, ciepłe, a ja mimowolnie zwolniłem krok, żeby dopasować się do rytmu jej obcasów.
- Uwaszaj, tu jeszt nielówno. - Mruknąłem cicho, gdy mijaliśmy kolejne metry, a Prue nagle uniosła rękę i pomachała do kogoś między gośćmi. Zanim zdążyłem zapytać, do kogo, już z powrotem skupiała się na drodze. Znała tę osobę, to było widać - pewnie ktoś z jej znajomych, kogo nie miałem okazji poznać.
Po chwili dotarliśmy na miejsce, po stronie pana młodego. Odsunąłem dla niej krzesło, a kiedy usiadła, sam zająłem miejsce obok, odruchowo poprawiając krawat, który wciąż lekko mnie uwierał. To było bardziej naturalne usadzenie - Ambroise był moim przyjacielem, choć nie dało się ukryć, że przez Geraldine i wspólne rodzinne powiązania należałem też trochę „na drugą stronę”. Czysta płynęła we mnie, chociaż nikt o tym głośno nie mówił. Po drugiej stronie widać było rodzinę Yaxleyów, potężne sylwetki, znajome rysy, z którymi dzieliłem krew, chociaż tym bardziej nigdy przesadnie się tym nie chwaliłem.
Prue rozglądała się z ciekawością, ja też zerknąłem w stronę ołtarza. Cornelius stał tam już w pełnej krasie, nienaganny jak zwykle, z tą swoją chłodną dostojnością, która pasowała mu aż za bardzo. Wiedziałem, że czuje się w tej roli jak ryba w wodzie. Potem spojrzałem na świadkową, Millie, stojącą tuż obok, która również prezentowała się spokojniej, chyba rozmawiając z kompanem, i w końcu na moją towarzyszkę.
- Mhm. - Odparłem równie spokojnie, zerkając w stronę alejki, którą zaczynało wypełniać gasnące słońce. Za chwilę miało się wszystko zacząć.
- Wiem. - Odpowiedziałem, a mój głos zabrzmiał bardziej ugodowo, niż planowałem. Zresztą, kiedy patrzyła na mnie w ten sposób, z tą swoją półpoważną miną i lekko drgającym kącikiem ust, trudno było nie odwzajemnić uśmiechu. Zresztą, cholera, chyba wykorzystywała to z pełną premedytacją. Wystarczyło, że uniosła wzrok spod tych rzęs, lekko przechyliła głowę - i już czułem, że cała ta moja twarda powłoka zaczyna mięknąć. To było niebezpieczne, ale też... Całkiem przyjemne. Cóż, prawda była taka, że nie miałem serca jej tego odmówić. Mógłbym, ale co by to zmieniło?
To był tylko krawat, nic wielkiego, a jednak jakimś cudem zmienił układ sił. Z początku myślałem, że zrobi to dla żartu, że się rozmyśli, ale nie - Prue była śmiertelnie poważna, i chociaż nie wyglądałem na szczególnie zachwyconego jej pomysłem, to pozwoliłem jej zawiązać ten przeklęty różowy krawat na mojej szyi. Po chwili nawet się z tego śmiałem, bo trudno było inaczej. Spojrzałem na nią kątem oka - w jej głosie było coś szczerego, niepodrabialnego.
- Mloczną, tak? Fantastycznie. Właśnie tego potszebowałem. - Mruknąłem z udawanym niezadowoleniem, poprawiając ten nieszczęsny węzeł, chociaż był zawiązany perfekcyjnie. - Cósz, telas pszynajmniej wyglądam jak ktoś, kto nie planuje sabotaszu wesela. Widaś mnie na milę. - Pokręciłem głową, spoglądając w bok, jakbym kiedykolwiek rzeczywiście rozważał ten absurdalny scenariusz.
Prue wyglądała teraz na dużo spokojniejszą, jakby cała ta wymiana zdań rozluźniła ją skuteczniej niż jakikolwiek kieliszek szampana. Jej uśmiech złagodniał, a ramiona przestały być tak napięte. Zrozumiałem, że o to jej chodziło - żeby mieć pretekst, coś, na czym może się skupić, zamiast rozmyślać o tym, że wokół setka ludzi, w większości obcych. Widząc, jak powoli się rozluźnia i znika z niej ten początkowy stres, poczułem coś na kształt satysfakcji. Wbrew wszystkiemu, co o sobie myślałem, wychodziło mi całkiem nieźle rozpraszanie ludzi luźną, przyjemną gadką.
Wokół nas ruch powoli cichł, goście zajmowali miejsca, rozmowy przechodziły w szmery i szepty, zrozumiałem, że czas ruszyć. Ceremonia miała zacząć się dosłownie za chwilę - przypominały o tym kolejne mijające nas osoby, kierujące się w stronę krzeseł ustawionych przy ołtarzu. Tłum powoli przesuwał się w stronę rzędów krzeseł, rozejrzałem się - było już prawie pełno, czas uciekał.
- O, w to akulat nikt nie swątpi. - Spojrzałem na nią raz jeszcze, poprawiłem rękawy i westchnąłem cicho, tym razem bez teatralności. Mogliśmy ruszyć. Jej palce były drobne, ciepłe, a ja mimowolnie zwolniłem krok, żeby dopasować się do rytmu jej obcasów.
- Uwaszaj, tu jeszt nielówno. - Mruknąłem cicho, gdy mijaliśmy kolejne metry, a Prue nagle uniosła rękę i pomachała do kogoś między gośćmi. Zanim zdążyłem zapytać, do kogo, już z powrotem skupiała się na drodze. Znała tę osobę, to było widać - pewnie ktoś z jej znajomych, kogo nie miałem okazji poznać.
Po chwili dotarliśmy na miejsce, po stronie pana młodego. Odsunąłem dla niej krzesło, a kiedy usiadła, sam zająłem miejsce obok, odruchowo poprawiając krawat, który wciąż lekko mnie uwierał. To było bardziej naturalne usadzenie - Ambroise był moim przyjacielem, choć nie dało się ukryć, że przez Geraldine i wspólne rodzinne powiązania należałem też trochę „na drugą stronę”. Czysta płynęła we mnie, chociaż nikt o tym głośno nie mówił. Po drugiej stronie widać było rodzinę Yaxleyów, potężne sylwetki, znajome rysy, z którymi dzieliłem krew, chociaż tym bardziej nigdy przesadnie się tym nie chwaliłem.
Prue rozglądała się z ciekawością, ja też zerknąłem w stronę ołtarza. Cornelius stał tam już w pełnej krasie, nienaganny jak zwykle, z tą swoją chłodną dostojnością, która pasowała mu aż za bardzo. Wiedziałem, że czuje się w tej roli jak ryba w wodzie. Potem spojrzałem na świadkową, Millie, stojącą tuż obok, która również prezentowała się spokojniej, chyba rozmawiając z kompanem, i w końcu na moją towarzyszkę.
- Mhm. - Odparłem równie spokojnie, zerkając w stronę alejki, którą zaczynało wypełniać gasnące słońce. Za chwilę miało się wszystko zacząć.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)