05.10.2025, 16:42 ✶
— Przepraszam, panie Weasley, jestem zmuszony zakończyć dzisiejszą sesję wcześniej. Skontaktuję się z panem wkrótce, wtedy ustalimy resztę — z lekkim skinieniem bladej dłoni wskazał w stronę drzwi. Pacjent wstał powoli, zatoczył szeroki łuk wokół kobiety, a Odys podszedł do niego i odprowadził do wyjścia. — Dziękuję. Do usłyszenia.
Gdy drzwi zamknęły się za mężczyzną z cichym kliknięciem, Fawley wrócił do gabinetu.
— Mildred Moody, czy ciebie już doszczętnie popierdoliło?
Powinien ją zatłuc. Naprawdę.
Niestety, Odysowi tylko niebezpiecznie drgnęła powieka. Od arogantów żądał zawrotnych sum, rzucał nimi jak bezużytecznymi mugolskimi tomami z psychiatrii; chuj im w dupę, pierdoleni oportuniści. A Millie… myśl o niej paliła go jak kwas. Chciałby wyrzucić z tego świata jej śmiech i pychę. Wiedział jednak, że to tylko dziki, bezsilny ryk w środku jego głowy, bo fizycznie z nią nie miał żadnych szans.
— Znasz mnie nie od dziś. Wiesz, że jak chcesz żebym coś ci z głowy wyciągnął, to nie wpadasz tu jak pojebana i nie wrzeszczysz jakby cię palili na stosie. Wtedy to ja mam ochotę cię udusić i zaoszczędzić nam wszystkim roboty — wysyczał. Podejrzewał, że w innym życiu byłby jednym z tych, co stał z pochodnią, gdy Millie lśniłaby w płomieniach jak gniewne bóstwo. Potem pewnie sam wskoczyłby za nią w ogień, bo z ich dwojga to jemu zawsze było bliżej do śmierci.
Następnie na dalsze słowa kobiety równie kruczoczarne oczy błysnęły niechętnie. Chciał krzyknąć, rozkazać, zrzucić ją z tej sceny, którą zrobiła mu na środku jego gabinetu, ale w środku coś szczypało go w ścięgna. Niechęć wymieszała się z przyzwyczajeniem, a przyzwyczajenie z jakimś cienkim, niezgrabnym resztkiem troski, którego nie umiał nazwać.
— Siadaj. Oddychaj. Potem gadaj zanim zaczniemy wyciągać to gówno z twojej głowy — Odys westchnął i spuścił odrobinę z tonu. — Jak to Black jest nieosiągalny? Jestem jedynym magipsychiatrą w Londynie?
Gdy drzwi zamknęły się za mężczyzną z cichym kliknięciem, Fawley wrócił do gabinetu.
— Mildred Moody, czy ciebie już doszczętnie popierdoliło?
Powinien ją zatłuc. Naprawdę.
Niestety, Odysowi tylko niebezpiecznie drgnęła powieka. Od arogantów żądał zawrotnych sum, rzucał nimi jak bezużytecznymi mugolskimi tomami z psychiatrii; chuj im w dupę, pierdoleni oportuniści. A Millie… myśl o niej paliła go jak kwas. Chciałby wyrzucić z tego świata jej śmiech i pychę. Wiedział jednak, że to tylko dziki, bezsilny ryk w środku jego głowy, bo fizycznie z nią nie miał żadnych szans.
— Znasz mnie nie od dziś. Wiesz, że jak chcesz żebym coś ci z głowy wyciągnął, to nie wpadasz tu jak pojebana i nie wrzeszczysz jakby cię palili na stosie. Wtedy to ja mam ochotę cię udusić i zaoszczędzić nam wszystkim roboty — wysyczał. Podejrzewał, że w innym życiu byłby jednym z tych, co stał z pochodnią, gdy Millie lśniłaby w płomieniach jak gniewne bóstwo. Potem pewnie sam wskoczyłby za nią w ogień, bo z ich dwojga to jemu zawsze było bliżej do śmierci.
Następnie na dalsze słowa kobiety równie kruczoczarne oczy błysnęły niechętnie. Chciał krzyknąć, rozkazać, zrzucić ją z tej sceny, którą zrobiła mu na środku jego gabinetu, ale w środku coś szczypało go w ścięgna. Niechęć wymieszała się z przyzwyczajeniem, a przyzwyczajenie z jakimś cienkim, niezgrabnym resztkiem troski, którego nie umiał nazwać.
— Siadaj. Oddychaj. Potem gadaj zanim zaczniemy wyciągać to gówno z twojej głowy — Odys westchnął i spuścił odrobinę z tonu. — Jak to Black jest nieosiągalny? Jestem jedynym magipsychiatrą w Londynie?
absolutnie, absolutnie
będę z Tobą aż po grób
będę z Tobą aż po grób