Nie, nie była to standardowa procedura, ale Victoria wolała mieć przy sobie eliksiry, niż ich nie mieć. Przydawały się i to nie tylko jej, ale też tym, z którymi pracowała. Jak choćby eliksiry ochrony przed ogniem, które trzymała w biurze, ale nie dla siebie, nie – ich przecież nie potrzebowała, a dla innych. Wcześniej dla Caina, teraz… dla kogokolwiek, komu przyjdzie z nią pracować, zwłaszcza w taki dzień jak dzisiaj, tak? Skoro Londyn płonie, to taki eliksir był na wagę złota i mógł przesądzić w krytycznym momencie o czyimś być, albo nie być. Co do reszty, pod tym względem Isabella Lestrange doskonale nauczyła swoją córkę wprowadzenia w życie i wyznawania pewnej być może popularnej, a być może nie, maksymy, która idzie mniej-więcej tak: umiesz liczyć? To licz na siebie. Więc robiła te swoje eliksiry, trzymała je w pracy, nosiła, gdy uważała, że będą potrzebne… Standardowa procedura czy nie.
Victoria przyglądała się Juliett przez chwilę, gdy ta szukała odpowiednich słów, by opisać to, co się właśnie działo. Mogła się tylko domyślać, sama fal nie opanowała i to był jej bardzo świadomy wybór; nie lubiła otwierać swojego umysłu przed innymi, nawet przy czymś tak z pozoru niewinnym jak fale, zresztą jedna z jej sióstr akurat tą umiejętnością władała. I może nie było to najbardziej optymalne, nie mieć tego w swoim zestawie zdolności przy pracy aurora, ale Victoria nie mogłaby się bardziej tym nie przejmować. Miała inne zalety – jak choćby to, że można było ją wrzucić do ogniska i nie robiło to na niej większego wrażenia. Kochała ogień, prawdę powiedziawszy. I gdyby miała wskazać żywioł, który kierował jej życiem, to nie byłaby to wcale stateczna ziemia, którą tak ukochała i po której tak mocno stąpała, nie byłaby to woda, którą można było zamrozić jej sposobem bycia, byłby to właśnie ogień, który płynął w jej żyłach i czasami przebijał się przez te lodowe bariery zdystansowania, pokazując prawdziwe kolory Victorii.
– Coś się sypie z nieba? – wiedziała, że Everlight nie zna na to odpowiedzi i w zasadzie było to bardziej pytanie retoryczne, przy którym Victoria wyglądała chyba bardziej na zaskoczoną niż zaniepokojoną (taka była w ogólności). Jeśli coś się sypało z nieba i powodowało zapłon… Co to mogło być? Jak bardzo było niebezpieczne? Czy będą w stanie ugasić pożary wodą, czy może jednak nie…? Mózg ciemnowłosej pracował teraz bardzo szybko, a jej mina wskazywała na bardzo intensywne myślenie. – Cały Londyn… Całe miasto płonie? – niedowierzanie przebiło się gdzieś przez zwykle spokojny głos Lestrange. Było źle. Całe miasto… Jakie mieli możliwości, żeby objąć ochroną całe cholerne miasto, jeszcze tak wielkie jak Londyn? – Czyli to nie tylko Londyn? To cały… kraj? – a może tylko bliskie otoczenie Londynu? Tak czy inaczej, byli w głębokiej dupie i ta myśl spowodowała, że Victoria sięgnęła do swojej torby, przeszukując ją teraz gorączkowo w poszukiwaniu eliksiru ochrony przed ogniem. Zamierzała go wcisnąć tej osobie, którą złapie przy punkcie teleportacyjnym, z którą pójdzie w teren. Nawet przesunęła się już w kierunku wyjścia z biura. Za chwilę powinno się tam odkorkować. – Jasna cholera i to jeszcze w piątek o tej godzinie. Nieźle to sobie wymyślili – nie wierzyła, ze to sprawka mugoli. Zapalające się coś lecące z nieba – pachniało magią na kilometr. I było oczywiste, w jakim kierunku biegną właśnie jej myśli.
Gdzie był Cain, gdy był potrzebny?
Lestrange mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści, ściskając przy tym jedną fiolkę eliksiru, który wyłowiła z torby.