05.10.2025, 17:57 ✶
W cieple mieszkania Mony zimno powoli ustępowało. To nie było uczucie, które odchodziło, lecz powoli przekształcało się w coś innego, łagodnego i w niemal pierwotny sposób przyjemnego. Być może podobnie było ze smutkiem? Trwał i trwał, aż człowiek łapał to coś i niemal zapominał o wcześniejszym wrażeniu.
— Odrobinę lepiej, dziękuję — powiedział cicho, po czym poszedł się przebrać.
Rzeczywiście w żałobnym garniturze łatwo było zmarznąć, a i smutek trzymał się na nim jak wilgoć wrzosowisk nieopodal Little Hangleton. Icarus wybrał więc coś zgoła lepszego: sweter w kratę, ciepły i gruby, wełniany. Odziedziczył go po ojcu, jako jedną z niewielu dobrych rzeczy. Przypomnienie, że Dedalus Prewett bywał czasem człowiekiem. Do tego Icarus nałożył bawełniane spodnie od piżamy, luźne i miękkie. Na jego stopach znalazły się zaś grube skarpety, niemal konieczne na jesień.
Potem nie oponował. Położył się pod kocem, który mimo paskudnego obrazka z tygrysem, okazał się jakiś bajecznie ciepły, doskonały na choroby. Ari opatulił się nim szczelnie, nie protestował.
— Wiesz, muszę się bardzo starać, by powstrzymywać myśl, że na to ani trochę nie zasługuję — rzekł, wyciągając rękę w stronę Świstka, który właśnie postanowił ułożyć się na jego kocu. — Jakby o tym pomyśleć tak czysto logicznie... nie potrafię nawet określić, za co chcę się ciągle karać. Alkohol, tamten wieczór dziesięć lat temu, te wszystkie większe lub mniejsze porażki, które ojciec mi wytykał? Zebrało się tego w sumie sporo, ale... czy nie spotyka to każdego? Byłbym w sumie egoistą, gdybym pod tym względem uznał się za wyjątkowego — uśmiechnął się słabo, po czym westchnął. — Wybacz. Głupio mi mówić tak o sobie i o sobie... Może masz jeszcze koc albo... chcesz przykryć się razem ze mną? Ten twój jest gigantyczny, starczy dla nas obojga.
Znowu się rozgadał, dywagował. To był dobry początek powrotu do normy.
— Odrobinę lepiej, dziękuję — powiedział cicho, po czym poszedł się przebrać.
Rzeczywiście w żałobnym garniturze łatwo było zmarznąć, a i smutek trzymał się na nim jak wilgoć wrzosowisk nieopodal Little Hangleton. Icarus wybrał więc coś zgoła lepszego: sweter w kratę, ciepły i gruby, wełniany. Odziedziczył go po ojcu, jako jedną z niewielu dobrych rzeczy. Przypomnienie, że Dedalus Prewett bywał czasem człowiekiem. Do tego Icarus nałożył bawełniane spodnie od piżamy, luźne i miękkie. Na jego stopach znalazły się zaś grube skarpety, niemal konieczne na jesień.
Potem nie oponował. Położył się pod kocem, który mimo paskudnego obrazka z tygrysem, okazał się jakiś bajecznie ciepły, doskonały na choroby. Ari opatulił się nim szczelnie, nie protestował.
— Wiesz, muszę się bardzo starać, by powstrzymywać myśl, że na to ani trochę nie zasługuję — rzekł, wyciągając rękę w stronę Świstka, który właśnie postanowił ułożyć się na jego kocu. — Jakby o tym pomyśleć tak czysto logicznie... nie potrafię nawet określić, za co chcę się ciągle karać. Alkohol, tamten wieczór dziesięć lat temu, te wszystkie większe lub mniejsze porażki, które ojciec mi wytykał? Zebrało się tego w sumie sporo, ale... czy nie spotyka to każdego? Byłbym w sumie egoistą, gdybym pod tym względem uznał się za wyjątkowego — uśmiechnął się słabo, po czym westchnął. — Wybacz. Głupio mi mówić tak o sobie i o sobie... Może masz jeszcze koc albo... chcesz przykryć się razem ze mną? Ten twój jest gigantyczny, starczy dla nas obojga.
Znowu się rozgadał, dywagował. To był dobry początek powrotu do normy.