07.10.2025, 12:59 ✶
To było wielkie błogosławieństwo, że nie miał stałej pracy i wykonywał jedynie dorywcze zlecenia. Co prawda kokosów za to nie zbijał, ale pod mostem też przez to nie mieszkał. ale za co miał znacznie więcej czasu, aby pomagać ludziom w radzeniu sobie ze skutkami tego wielkiego grillowania Wysp Brytyjskich jakie urządził sobie Voldemort.
Każde odwiedzone pogorzelisko, każdy zawalony dom tylko coraz mocniej utrzymywał go w przekonaniu, że walka z poplecznikami mrocznego lorda. K temu w sumie się kierował, prowadzony podszeptami wewnętrznego głosu i dziwnym pragnieniem, które wypełniało go od środka i domagało się upojenia krwią. Jedyne na co wpadł to polecieć na Nokturn i tam szukać naśladowców, albo czaić się na jakichś podejrzewanych o bycie śmierciożercą. Nie miał jednak kiedy - na całe szczęście albo i nieszczęście nie miał kiedy tego zrobić, był zbyt zajęty. A spędzanie czasu z tą dwójką skutecznie odwodziło go od szukania możliwości do puszczenia wewnętrznej bestii w swawole.
Na słowa pana Kenta miał już na końcu języka ripostę, że przy takich zakolach jakie on ma, wypadanie włosów to zbawienie, a nie coś strasznego, ale na szczęście zdołał się powstrzymać. Byłby wręcz podręcznikowym przykładem hipokryzji, w sumie to był, bo przecież mieszkał obecnie z uzdrowicielem, a mimo to odwlekał jakiekolwiek konsultacje. Przecież nie mógł pozbawiać Basiliusa tej odrobiny odpoczynku jakie miał, już wystarczyło, że poza jebaniem długich godzin w Mungu to jeszcze z nimi biegał i pomagał innym ludziom, a on? Przecież nie umrze, jest Figgiem, ma jeszcze kilka żyć.
- Masz rację, to nie wygląda tak źle - potwierdził słowa Millie rozglądając się uważnie i badając sadzę, która pokrywała dużą część mieszkania. - Klątwy nie działają z opóźnieniem, więc jeżeli do tej pory się nie aktywowała... - urwał patrząc na drobną czarownicę, która byłą ich przywódcą, a potem na dwójkę dzieciaków i chwilę pogrzebał w kieszeni. Przebywanie z Mabel to było co innego, ale z drugiej strony dzięki temu wiedział poniekąd jak obchodzić się z dziećmi. A co lepiej działało jak nie słodycze? No chyba tylko nowe zabawki, ale nie był świętym mikołajem. Dlatego wyjął z niej dwa cukierki, co jak z bólem serca zauważyły były to jedne z jego ulubionych, ale cóż, już było za późno. - Macie maluchy, będzie wam weselej jak zjecie trochę czekolady - dodał z uśmiechem oferując im po łakociu.
Kiedy dzieciaki zabrały od niego słodycz wrócił do oględzin, tym razem już nie tylko oczami ale i dotykiem sprawdzając te ślady sadzy. Przez chwilę widać było jak palcami maca ścianę, aby potrzeć ją między palcami z uwagą, marszcząc przy tym brwi. Otrzepał dłoń, która teraz była umorusana jakby wkładał ją do komina - no bo jak inaczej mogło się skończyć macanie sadzy?
- Dobrze by było, żebyście do czasu Mabon zamieszkali gdzieś indziej, o ile to możliwe. Podczas samego święta zaś wystarczy odmówić modlitwę do matki i powinno wszystko wrócić do normy. Jeśli nie, to wrócimy dokończyć sprawę - dodał patrząc prosto na panią Kent, czy jej rodzina ma gdzie się udać, aby nie spędzać tutaj więcej czasu? Nigdy nie zastanawiał się jak to jest posiadać mieszkanie, być do czegoś przywiązanym, mieć rodzinę - dla niego zmiana miejsca zamieszkania to była kwestia zabrania Kapitana i spakowania kufra.
Każde odwiedzone pogorzelisko, każdy zawalony dom tylko coraz mocniej utrzymywał go w przekonaniu, że walka z poplecznikami mrocznego lorda. K temu w sumie się kierował, prowadzony podszeptami wewnętrznego głosu i dziwnym pragnieniem, które wypełniało go od środka i domagało się upojenia krwią. Jedyne na co wpadł to polecieć na Nokturn i tam szukać naśladowców, albo czaić się na jakichś podejrzewanych o bycie śmierciożercą. Nie miał jednak kiedy - na całe szczęście albo i nieszczęście nie miał kiedy tego zrobić, był zbyt zajęty. A spędzanie czasu z tą dwójką skutecznie odwodziło go od szukania możliwości do puszczenia wewnętrznej bestii w swawole.
Na słowa pana Kenta miał już na końcu języka ripostę, że przy takich zakolach jakie on ma, wypadanie włosów to zbawienie, a nie coś strasznego, ale na szczęście zdołał się powstrzymać. Byłby wręcz podręcznikowym przykładem hipokryzji, w sumie to był, bo przecież mieszkał obecnie z uzdrowicielem, a mimo to odwlekał jakiekolwiek konsultacje. Przecież nie mógł pozbawiać Basiliusa tej odrobiny odpoczynku jakie miał, już wystarczyło, że poza jebaniem długich godzin w Mungu to jeszcze z nimi biegał i pomagał innym ludziom, a on? Przecież nie umrze, jest Figgiem, ma jeszcze kilka żyć.
- Masz rację, to nie wygląda tak źle - potwierdził słowa Millie rozglądając się uważnie i badając sadzę, która pokrywała dużą część mieszkania. - Klątwy nie działają z opóźnieniem, więc jeżeli do tej pory się nie aktywowała... - urwał patrząc na drobną czarownicę, która byłą ich przywódcą, a potem na dwójkę dzieciaków i chwilę pogrzebał w kieszeni. Przebywanie z Mabel to było co innego, ale z drugiej strony dzięki temu wiedział poniekąd jak obchodzić się z dziećmi. A co lepiej działało jak nie słodycze? No chyba tylko nowe zabawki, ale nie był świętym mikołajem. Dlatego wyjął z niej dwa cukierki, co jak z bólem serca zauważyły były to jedne z jego ulubionych, ale cóż, już było za późno. - Macie maluchy, będzie wam weselej jak zjecie trochę czekolady - dodał z uśmiechem oferując im po łakociu.
Kiedy dzieciaki zabrały od niego słodycz wrócił do oględzin, tym razem już nie tylko oczami ale i dotykiem sprawdzając te ślady sadzy. Przez chwilę widać było jak palcami maca ścianę, aby potrzeć ją między palcami z uwagą, marszcząc przy tym brwi. Otrzepał dłoń, która teraz była umorusana jakby wkładał ją do komina - no bo jak inaczej mogło się skończyć macanie sadzy?
- Dobrze by było, żebyście do czasu Mabon zamieszkali gdzieś indziej, o ile to możliwe. Podczas samego święta zaś wystarczy odmówić modlitwę do matki i powinno wszystko wrócić do normy. Jeśli nie, to wrócimy dokończyć sprawę - dodał patrząc prosto na panią Kent, czy jej rodzina ma gdzie się udać, aby nie spędzać tutaj więcej czasu? Nigdy nie zastanawiał się jak to jest posiadać mieszkanie, być do czegoś przywiązanym, mieć rodzinę - dla niego zmiana miejsca zamieszkania to była kwestia zabrania Kapitana i spakowania kufra.