21.02.2023, 01:01 ✶
Jej też nie było w tym wszystkim łatwo. Może inaczej by to wyglądało, gdyby się poznali na całkowicie neutralnym gruncie, bez poczucia, że czy chcą czy nie – to są już na siebie skazani od startu. Może wtedy by się polubili od razu. Może nie byłoby tych wszystkich złych słów i nienawistnych spojrzeń, poczucia, że druga osoba jest niechciana… Nie tak łatwo było się w tym poruszać, tak prawdę powiedziawszy. W dynamice ich relacji. A jednak Vicotria jakoś… oswoiła się z myślą o przyszłym małżeństwie i przestała patrzyć na Sauriela jak na zepsute jajo czy kogoś niechcianego. Nie był taki zły jak się malował i jak chciał być postrzegany. Był za to… Wyglądało jakby był po prostu zagubiony w świecie nienawiści i brutalności. W świecie, gdzie nawet jego własna matka go nie kochała, a przynajmniej coś takiego prezentowała swoją bierną postawą. Choć może się myliła, może wyglądało to zupełnie inaczej?
Ludzka wyobraźnia miała swoje granice. W snach widziało się twarze ludzi, których się już kiedyś spotkało, nawet jeśli tylko przelotnie. To nigdy nie były całkowicie „nowe” oblicza. I może mózg robił wtedy miks bardzo wielu rzeczy, tworząc jakąś nową odjechaną historię, ale bazował już na tym, co dana osoba doświadczyła. Nie tworzył czegoś z niczego. Nie różniło się więc to aż tak bardzo od zwykłego snu. Zresztą… Wystarczy, że człowiek się naczytał o „mrocznych” rzeczach i w nocy miało się dużą szansę na śnięcie o prawdziwych głupotach, po których budziło się jeszcze bardziej zmęczonym niż przed pójściem spać. Victoria uśmiechnęła się lekko do Sauriela, nim pochyliła się nad jednym z kociołków, by zamieszać odpowiednią ilość razy w odpowiednią stronę, a następnie z pewnością i wprawą sięgnąć po jakiś składnik i dodać go do kotła.
- Rozumiem, że ten Joseph cię przemienił? – wolała się dopytać, żeby wiedzieć co za Joseph. Tak by wynikało z kontekstu, no ale lepiej się upewnić. - To jakiś nekromanta? Czy wampir? – akurat o tym jak zostać wampirem wiedziała. To zadanie domowe odrobiła i akurat o tym było w księgach! To cechy wampirów się różniły, nie sposób powstania. I nie to, co napędzało ich do... życia. Krew. - Hmmm… Isabella potrafi nałożyć na człowieka okropną presję, a ja, według jej wizji, miałam być najlepsza. We wszystkim. Więc w szkole zakuwałam dniami, nocami… Jakoś tak… Samo wyszło. Zresztą moja obecna praca też nie jest dobra dla spokojnego snu – uśmiechnęła się krzywo. Więc tak – ciągnęło się to z nią dobre… dziesięć lat. Ponad. Człowiek mógł się jednak przyzwyczaić do… wszystkiego. - Jakoś brakowało mi asertywności – w sumie to jeśli o rodziców, a zwłaszcza matkę, to nadal jej brakowało. Westchnęła. Jednym z plusów tego… ślubu… byłoby to, że wyrwie się spod wpływu Isabelli. A przynajmniej takiego bezpośredniego.
- Chyba lepiej tak, niż wpaść w szał – choć na kilka chwil ukoić głód, by nie odczuwać szaleństwa związanego z głodem. To mogłoby komuś uratować życie tak po prawdzie. Inna sprawa… Że takim niebezpośrednim woreczkiem krwi, który zawsze będzie pod ręką, w pewnym momencie sama się stanie. Wiedziała o tym. I no… to już było – ale godziła się z tym. Dla niej ten akt picia krwi nie wydawał się obrzydliwy. Był po prostu częścią życia wampira. Ale nie mówiła tego na głos, bo nie znała w tym zdania Sauriela, tego, że to takie obrzydliwe. Nie było. To, że było inne, nie znaczyło, ze obrzydliwe. Tak jak mu powiedziała wczoraj – to, że jego serce nie biło, nie znaczyło, ze go nie miał, i to jej wystarczało.
- A boisz? – parsknęła. - Trumny u ciebie nie widziałam, więc zakładam, że nie. A jak ktoś zeżre główkę czosnku, to każdy normalny uciekałby od smrodu – uśmiechnęła się znowu krzywo, taki tam żarcik. - Och, ale jesteś całkiem miły, jak nie próbujesz być na siłę złośliwy i opryskliwy – odwróciła się od kociołka i oparła o niego dłońmi splecionymi za plecami. - Wiem, że niewiele się znamy. Ale jeśli będziesz potrzebować jakieś pomocy to po prostu powiedz – jakiejkolwiek prawdę mówiąc. Jakby chciał po prostu przy kimś posiedzieć w ciszy, byle nie w samotności własnej głowy, to też mógł przyjść. I mogli sobie pomilczeć.
Ludzka wyobraźnia miała swoje granice. W snach widziało się twarze ludzi, których się już kiedyś spotkało, nawet jeśli tylko przelotnie. To nigdy nie były całkowicie „nowe” oblicza. I może mózg robił wtedy miks bardzo wielu rzeczy, tworząc jakąś nową odjechaną historię, ale bazował już na tym, co dana osoba doświadczyła. Nie tworzył czegoś z niczego. Nie różniło się więc to aż tak bardzo od zwykłego snu. Zresztą… Wystarczy, że człowiek się naczytał o „mrocznych” rzeczach i w nocy miało się dużą szansę na śnięcie o prawdziwych głupotach, po których budziło się jeszcze bardziej zmęczonym niż przed pójściem spać. Victoria uśmiechnęła się lekko do Sauriela, nim pochyliła się nad jednym z kociołków, by zamieszać odpowiednią ilość razy w odpowiednią stronę, a następnie z pewnością i wprawą sięgnąć po jakiś składnik i dodać go do kotła.
- Rozumiem, że ten Joseph cię przemienił? – wolała się dopytać, żeby wiedzieć co za Joseph. Tak by wynikało z kontekstu, no ale lepiej się upewnić. - To jakiś nekromanta? Czy wampir? – akurat o tym jak zostać wampirem wiedziała. To zadanie domowe odrobiła i akurat o tym było w księgach! To cechy wampirów się różniły, nie sposób powstania. I nie to, co napędzało ich do... życia. Krew. - Hmmm… Isabella potrafi nałożyć na człowieka okropną presję, a ja, według jej wizji, miałam być najlepsza. We wszystkim. Więc w szkole zakuwałam dniami, nocami… Jakoś tak… Samo wyszło. Zresztą moja obecna praca też nie jest dobra dla spokojnego snu – uśmiechnęła się krzywo. Więc tak – ciągnęło się to z nią dobre… dziesięć lat. Ponad. Człowiek mógł się jednak przyzwyczaić do… wszystkiego. - Jakoś brakowało mi asertywności – w sumie to jeśli o rodziców, a zwłaszcza matkę, to nadal jej brakowało. Westchnęła. Jednym z plusów tego… ślubu… byłoby to, że wyrwie się spod wpływu Isabelli. A przynajmniej takiego bezpośredniego.
- Chyba lepiej tak, niż wpaść w szał – choć na kilka chwil ukoić głód, by nie odczuwać szaleństwa związanego z głodem. To mogłoby komuś uratować życie tak po prawdzie. Inna sprawa… Że takim niebezpośrednim woreczkiem krwi, który zawsze będzie pod ręką, w pewnym momencie sama się stanie. Wiedziała o tym. I no… to już było – ale godziła się z tym. Dla niej ten akt picia krwi nie wydawał się obrzydliwy. Był po prostu częścią życia wampira. Ale nie mówiła tego na głos, bo nie znała w tym zdania Sauriela, tego, że to takie obrzydliwe. Nie było. To, że było inne, nie znaczyło, ze obrzydliwe. Tak jak mu powiedziała wczoraj – to, że jego serce nie biło, nie znaczyło, ze go nie miał, i to jej wystarczało.
- A boisz? – parsknęła. - Trumny u ciebie nie widziałam, więc zakładam, że nie. A jak ktoś zeżre główkę czosnku, to każdy normalny uciekałby od smrodu – uśmiechnęła się znowu krzywo, taki tam żarcik. - Och, ale jesteś całkiem miły, jak nie próbujesz być na siłę złośliwy i opryskliwy – odwróciła się od kociołka i oparła o niego dłońmi splecionymi za plecami. - Wiem, że niewiele się znamy. Ale jeśli będziesz potrzebować jakieś pomocy to po prostu powiedz – jakiejkolwiek prawdę mówiąc. Jakby chciał po prostu przy kimś posiedzieć w ciszy, byle nie w samotności własnej głowy, to też mógł przyjść. I mogli sobie pomilczeć.