Pomachała dłonią przed twarzą, niezbyt szybko zresztą, jakby odganiała właśnie jakąś bardzo irytującą muchę – a tak naprawdę odganiała myśl, którą roztoczył Cathal, opowiadając o upodobaniach Nell.
– Lubi to dlatego, że tak się stawiasz i robisz takie cierpiętnicze minki – i najpewniej dlatego, że to był Cathal i znali się tyle lat, i kłócili o przeróżne rzeczy i tak dalej. Ginny potrafiła to zrozumieć (bo sama czasami nie mogła się powstrzymać przed zaczepianiem Cala…), nawet jeśli nie podzielała sentymentu do czerpania satysfakcji z podsuwania ludziom paskudnych eliksirów. Nie znała się na ich warzeniu zbyt dobrze, ogarniała podstawy i dawkowanie, ale to tyle – czy dało się zrobić takie, które nie byłyby takie obrzydliwe? Nie wiedziała. Może się dało, ale nikt tego nie robił ze względu na pewną aurę tajemnicy i renomę bycia ohydnymi? – A mnie w takim razie nazwij pracoholikiem – dodała jeszcze i zmrużyła oczy. W pewnym sensie można było ją tak nazwać… to nie tak, że trzeba było siłą ją wyganiać na urlop, ale zdecydowanie nie myślała o swoim życiu tak, że „byle do piątku”. Dzisiaj był piątek i nie planowała odpoczywać w ten weekend.
– Przydałoby się… Ta sztuka chyba przeżyła o jedno nastawianie nosa za dużo – zażartowała, ale i tak zmarszczyła przy tym brwi patrząc się trochę oskarżycielsko na krzesło, które było już skazane na to, żeby wylądować jako opał w kominku.
– Za dużo zachodu. Chyba trzeba by było całe krzesło unurzać w truciźnie, żeby zadziałało, kiedy zacznie się łamać i to jeszcze w odpowiednim miejscu. Zresztą śmierć od drzazg w tyłku byłaby bardziej spektakularna niż jakby się wydało, że to od jakiejś śmiesznej trucizny. Ale mam też inny pomysł na równie głupią śmierć. Co powiesz o łyżce jako o ostatecznym narzędziu tortur? – och, nie wątpiła w kreatywność Cathala, ale sama nie brała tego ani o jotę na poważnie, jak zresztą było widać i słychać wszem i wobec, gdy już zaczęła paplać, pozornie bez ładu i składu, a w praktyce zdawała się odreagowywać nerwy. – Czekoladę? To ty jadasz słodkie? – zdziwiła się wyraźnie, ale przy tym zaraz zmrużyła oczy. – Pij, nie gadaj. Nie myśl, że cię to ominie, chyba, że chcesz skończyć z opatrunkiem na twarzy – i to na kilka dni. Rozchmurzyła się niemalże natychmiast. – Chyba powinnam mieć jeszcze trochę czekoladek z Miodowego Królestwa – których rzecz jasna nie kupiła sama, ale to nieistotne.