06.10.2025, 10:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2025, 07:38 przez Anthony Shafiq.)
Każdy moment w Atrium, gdy mógł sobie pozwolić na cichą obserwację, nie był absolutnie momentem straconym. Widok przyjaciółki otoczonej grupką uczniaków rozmiękczał mu serce, nastrajając idealnie na dzień, który miał być wypełniony łagodnym wiatrem przemierzającym wrzosowiska, wonią przedniej herbaty i cichą rozmową w otoczeniu murów, które uważała za swoje. Choć Anthony sam nie miał ręki, ani zdecydowanie oka do przestrzeni, choć miał własną tożsamość ukrytą w grubych skórzanych okładkach książek spisanych wieloma językami świata i zakopanych pośród rozwlekłych prywatnych księgozbiorów, tak odczuwał niemałą przyjemność przebywania w tak spersonalizowanych przestrzeniach osób, które o wiele wylewniej rozsiewały ziarno swojego istnienia wokół.
Brakowało tych drobnych symptomów jej obecności w Little Hangleton, choć przez wzgląd na wyjazdy ich obojga z początku września, nie miał tak na prawdę czasu się przyzwyczaić. Sam fakt jednak, że brakowało mu kota, z którym relacja wzajemnie była dość ambiwalentna, świadczył o tym jak łatwo lgnął do tego typu przejawu cudzej obecności w okolicy. Być może był to symptom jego samotności. Być może lęku. Być może przyznania, że nie był wcale zadowolony z jej przeprowadzki, ale nie śmiał stanąć na drodze sędziowskiej wizji kształtowania ostatnich miesięcy jej ludzkiej egzystencji.
Obiecał jej. Obiecał sobie. Weźmie tyle ile sama zdecyduje mu się dać. Nic więcej.
Pan Roderick Finnigan nawet nie wiedział jakim tego dnia był szczęściarzem. Został pobłogosławiony i namaszczony.
Anthony skinął mu głową, wiedząc kogóż będzie miał prześwietlić Lovegood w poniedziałek rano. Nie żeby nie ufał osądowi Lorien. Sam jednak Bletchleyowi będzie musiał przedstawić kilka faktów więcej niż to, że czerniał szybciej na słowa komplementu swojej mentorki niż kamienice na Pokątnej tydzień temu.
– Cóż. Niektórzy uważają, że tron ma mocno nadpalone nogi. Każdy chce się popisać przed przyszłymi wyborcami – zawyrokował, choć sam należał przecież do obozu Ministry, nawet po upokorzeniu zduszonego awansu, którego doświadczył w cichości swojego gabinetu. Nie zamierzał przewidywać przyszłości, czy Jenkins doczeka końca kadencji, czy podzieli Leacha. Był w grze, ale stracił do niej serce.
Oczywiście, nie oponował przy wyborze przed nią strony ulicy, którą się przechadzali. Może temat rozmowy... może to by zmienił, ale przecież w obliczu spalonego Londynu nie powinno być tematów niewygodnych. Wszystko byle nie mówić o wszechobecnej woni spalenizny. O klątwach i czarnych dłoniach brudzących wszystko sadzą. Ominęło to jego apartament, podejrzenia o współudział skutecznie zostawały odsunięte gościnnie podjętą rodziną półkrwi i kilkoma zdjęciami potwierdzającymi to czym się zajmował podczas spalonej. Ulice jednak wciąż odparowywały. Dobrze, że ciemne chmury w końcu opuściły nieboskłon...
– Apartament Jackie oberwał jedną z tych nieprzyjemnych klątw, które uniemożliwiają jej przebywanie w nim. Udostępniłem jej obecnie moją sypialnię, a do powrotu moich siostrzeńców okna w Little Hangleton powinny zostać już wstawione – mówił swobodnie o tym o czym chciał. Jego relacja z rodzicami nie była czymś co chciałby podnosić bez rozmiękczającego zgryzotę alkoholu w ustach.
Zwiedzanie budynku nie przyniosło jego spojrzeniu oceny, choć na złocistym sygnecie próżno było szukać insygniów Ministerstwa. Zamiast tego lśnił grawer szalkowej wagi. Ta jednak odnosiła się wcale nie do nieruchomości, a jadła. Nie krzywdź oliwy i wina - głosił napis wewnątrz ozdoby. Tak też postępował, teraz zaś tylko smucąc się niedolą jego drogiej przyjaciółki. Straty oglądał jednak w milczeniu, czekając na jej wyrok w tej sprawie. – Scarlett tak. Miałem szansę patrzeć jak wzrasta podczas swoich wizyt w Norwegii. Złote dziecko. Zebrało ambicję całego pokolenia na siebie – Jego powiązania z Mulciberami były dość luźne, zważywszy na fakt, jak wielką niechęcią obdarzał swojego starszego brata, który - było nie było - poślubił przed laty siostrę zmarłego już małżonka Lorien. Nie przeszkadzało mu to odświeżyć przed laty i dbać dość mocno o linię norweską, jak ją nazywał w duchu. Miniony kwartał i dziwaczne oskarżenia, które wypływały to tu, to tam zweryfikowały jednak mocno te znajomości. O tyle, żeby z całej inwestycji ostała mu się jasnowłosa iskierka, tak cudnie grająca na skrzypcach, które przed laty jej ofiarował. Absolutnie nie narzekał w tej materii. Jedyne co go martwiło to zaczepienie się w kancelarii mecenas Philomeny Mulciber, z którą wiódł pomniejsze prawne utarczki od lat. – Byłaś tutaj już po pożarze, czy to Twój pierwszy rekonesans? – zagaił, wyciągając z kieszeni jedwabną chusteczkę, na wszelki wypadek, choć co mogłaby zdziałać taka chusteczka, gdyby nagle kłęby sadzy buchnęły mu w twarz?
Brakowało tych drobnych symptomów jej obecności w Little Hangleton, choć przez wzgląd na wyjazdy ich obojga z początku września, nie miał tak na prawdę czasu się przyzwyczaić. Sam fakt jednak, że brakowało mu kota, z którym relacja wzajemnie była dość ambiwalentna, świadczył o tym jak łatwo lgnął do tego typu przejawu cudzej obecności w okolicy. Być może był to symptom jego samotności. Być może lęku. Być może przyznania, że nie był wcale zadowolony z jej przeprowadzki, ale nie śmiał stanąć na drodze sędziowskiej wizji kształtowania ostatnich miesięcy jej ludzkiej egzystencji.
Obiecał jej. Obiecał sobie. Weźmie tyle ile sama zdecyduje mu się dać. Nic więcej.
Pan Roderick Finnigan nawet nie wiedział jakim tego dnia był szczęściarzem. Został pobłogosławiony i namaszczony.
Anthony skinął mu głową, wiedząc kogóż będzie miał prześwietlić Lovegood w poniedziałek rano. Nie żeby nie ufał osądowi Lorien. Sam jednak Bletchleyowi będzie musiał przedstawić kilka faktów więcej niż to, że czerniał szybciej na słowa komplementu swojej mentorki niż kamienice na Pokątnej tydzień temu.
– Cóż. Niektórzy uważają, że tron ma mocno nadpalone nogi. Każdy chce się popisać przed przyszłymi wyborcami – zawyrokował, choć sam należał przecież do obozu Ministry, nawet po upokorzeniu zduszonego awansu, którego doświadczył w cichości swojego gabinetu. Nie zamierzał przewidywać przyszłości, czy Jenkins doczeka końca kadencji, czy podzieli Leacha. Był w grze, ale stracił do niej serce.
Oczywiście, nie oponował przy wyborze przed nią strony ulicy, którą się przechadzali. Może temat rozmowy... może to by zmienił, ale przecież w obliczu spalonego Londynu nie powinno być tematów niewygodnych. Wszystko byle nie mówić o wszechobecnej woni spalenizny. O klątwach i czarnych dłoniach brudzących wszystko sadzą. Ominęło to jego apartament, podejrzenia o współudział skutecznie zostawały odsunięte gościnnie podjętą rodziną półkrwi i kilkoma zdjęciami potwierdzającymi to czym się zajmował podczas spalonej. Ulice jednak wciąż odparowywały. Dobrze, że ciemne chmury w końcu opuściły nieboskłon...
– Apartament Jackie oberwał jedną z tych nieprzyjemnych klątw, które uniemożliwiają jej przebywanie w nim. Udostępniłem jej obecnie moją sypialnię, a do powrotu moich siostrzeńców okna w Little Hangleton powinny zostać już wstawione – mówił swobodnie o tym o czym chciał. Jego relacja z rodzicami nie była czymś co chciałby podnosić bez rozmiękczającego zgryzotę alkoholu w ustach.
Zwiedzanie budynku nie przyniosło jego spojrzeniu oceny, choć na złocistym sygnecie próżno było szukać insygniów Ministerstwa. Zamiast tego lśnił grawer szalkowej wagi. Ta jednak odnosiła się wcale nie do nieruchomości, a jadła. Nie krzywdź oliwy i wina - głosił napis wewnątrz ozdoby. Tak też postępował, teraz zaś tylko smucąc się niedolą jego drogiej przyjaciółki. Straty oglądał jednak w milczeniu, czekając na jej wyrok w tej sprawie. – Scarlett tak. Miałem szansę patrzeć jak wzrasta podczas swoich wizyt w Norwegii. Złote dziecko. Zebrało ambicję całego pokolenia na siebie – Jego powiązania z Mulciberami były dość luźne, zważywszy na fakt, jak wielką niechęcią obdarzał swojego starszego brata, który - było nie było - poślubił przed laty siostrę zmarłego już małżonka Lorien. Nie przeszkadzało mu to odświeżyć przed laty i dbać dość mocno o linię norweską, jak ją nazywał w duchu. Miniony kwartał i dziwaczne oskarżenia, które wypływały to tu, to tam zweryfikowały jednak mocno te znajomości. O tyle, żeby z całej inwestycji ostała mu się jasnowłosa iskierka, tak cudnie grająca na skrzypcach, które przed laty jej ofiarował. Absolutnie nie narzekał w tej materii. Jedyne co go martwiło to zaczepienie się w kancelarii mecenas Philomeny Mulciber, z którą wiódł pomniejsze prawne utarczki od lat. – Byłaś tutaj już po pożarze, czy to Twój pierwszy rekonesans? – zagaił, wyciągając z kieszeni jedwabną chusteczkę, na wszelki wypadek, choć co mogłaby zdziałać taka chusteczka, gdyby nagle kłęby sadzy buchnęły mu w twarz?