Rudi,
całe szczęście, że nic Ci nie jest i że masz się gdzie podziać… A co z mieszkaniem w Londynie? Też całkiem spłonęło? Mam nadzieję, że nie skończyło tak jak dom w DG (z niego nie zostało absolutnie NIC oprócz jakiegoś jednego, bardzo upartego krzesła i naszych książek, ale ich się nie da spalić…)? I jak się mają Twoi rodzice i brat?
Nie widziałam Cię, ale prawdę mówiąc było takie zamieszanie i tyle dymu i pyłu wszędzie, że bardziej patrzyłam na rannych niż na tych, którzy mają siłę się poruszać. Naprawdę się cieszę, że nic Ci się nie stało.
Mało bywam teraz w domu, nie mam na to czasu, więc nie wiem czy się zobaczymy, jak nas odwiedzisz. Prim nie mówiła mi nic o tym, że chce się przeprowadzić, ale jeśli takie jest jej życzenie, to nie będę jej trzymać u siebie na siłę... Ale skoro Tobie pisała, to czy jesteś w stanie mi powiedzieć, co jest u mnie nie tak? Żebym mogła to poprawić? Będę dyskretna. Wiem, że noszenie ubrań siostry, a nie własnych, nie jest najbardziej komfortowe, ale nie jestem w stanie przyspieszyć pewnych rzeczy, przy paraliżu miasta, jaki teraz nastąpił…