07.10.2025, 22:54 ✶
Wstyd powiedzieć, ale pierwszy dzień po pozornym kolapsie dotychczasowego porządku społecznego w magicznym Londynie, Lazarus Lovegood w większości zwyczajnie przespał. Kilkunastogodzinny dzień pracy, zakończony opanowywaniem kryzysu, a następnie przebijanie się nocą przez ogarnięte chaosem miasto okazały się silniejsze, niż jego bezsenność. Gdy wreszcie zwlókł się z łóżka, niewielka już reszta dnia upłynęła na upewnieniu się, że jego najbliżsi żyją. Nieprzyjemny zapach, wypełniający mieszkanie, zarejestrował tylko jakimś skrawkiem umysłu i początkowo złożył na karb unoszącej się w powietrzu w całym Londynie sadzy i dymu.
Rankiem 10 września jednak przez otwarte okno wpadły pierwsze powiewy naprawdę świeżego powietrza, a Lazarus uchylił drzwi na korytarz, by wymusić trochę przeciągu i wywiać smród spalenizny. Nic to jednak nie dało, mimo wyczuwalnego ruchu powietrza. Kończąc poranną kawę i papierosa, klątwołamacz zorientował się, że coś jest nie tak.
W pierwszym odruchu sprawdził terraria. Pająki były tak samo nieporuszone sytuacją, jak poprzedniego dnia, kiedy z pomocą ”Pierwszej pomocy przeduzdrowicielskiej” potraktował każdego z nich najprostszym opisanym w książce zaklęciem diagnostycznym. Dolał obu zwierzakom wody do miseczek, wyczyścił zaklęciem zabrudzone szkło terrariów i podawał właśnie pęsetą tłustego karaczana Lethe, gdy doskonale widoczne z pokoju drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich Ceolsige z różdżką w dłoni.
Lazarus odwrócił głowę w jej stronę, sięgając po własną różdżkę, gotów do obrony - nie powinien był zostawiać otwartych drzwi! - ale opuścił ją, widząc znajomą twarz i tylko niedbałym machnięciem rozproszył utkane naprędce na podłodze przedpokoju zaklęcie ochronne.
Ulga, bo po tym, czego naoglądał się dwie noce temu, umysł podsuwał mu dziesiątki gorszych możliwości, niż nieoczekiwana wizyta znajonej. Irytacja, bo wciąż była to oburzająca inwazja jego prywatnej przestrzeni.
Doskonale spodziewana po Burke, jak się nad tym zastanowić.
- Nie, nie spodziewałem się ciebie. Chciałem trochę przewietrzyć - powiedział spokojnie. Schował różdżkę do kieszeni i łagodnym ruchem pęsety zagonił z powrotem do terrarium pająka, który badał już odnóżami jego zewnętrzne krawędzie.
- Witaj - dodał poniewczasie.
Ceolsige nie miała zwyczaju wpadać bez zapowiedzi, ale czy jakiekolwiek zwyczaje miały jeszcze sens, w świetle ostatnich wydarzeń? Lazarus miał nadzieję, że nie sprowadza jej utrata własnego domu.
- Zamknij drzwi. To bezcelowe. Zaczynam podejrzewać, że ten zapach nie jest… naturalnym zjawiskiem.
Dym z wypalonego wcześniej papierosa na chwilę uczynił unoszący się w mieszkaniu swąd nieco znośniejszym, ale szybko uległ intensywnemu smrodowi spalenizny. W normalnych warunkach ktoś, kto przebywał w nawet najbardziej nieprzyjemnym zapachu, po paru minutach przestawał go czuć. Atmosfera mieszkania Lazarusa, teraz, kiedy nie był śmiertelnie zmęczony i miał przestrzeń na zajęcie się własnymi potrzebami, nie dawała o sobie zapomnieć.
Rankiem 10 września jednak przez otwarte okno wpadły pierwsze powiewy naprawdę świeżego powietrza, a Lazarus uchylił drzwi na korytarz, by wymusić trochę przeciągu i wywiać smród spalenizny. Nic to jednak nie dało, mimo wyczuwalnego ruchu powietrza. Kończąc poranną kawę i papierosa, klątwołamacz zorientował się, że coś jest nie tak.
W pierwszym odruchu sprawdził terraria. Pająki były tak samo nieporuszone sytuacją, jak poprzedniego dnia, kiedy z pomocą ”Pierwszej pomocy przeduzdrowicielskiej” potraktował każdego z nich najprostszym opisanym w książce zaklęciem diagnostycznym. Dolał obu zwierzakom wody do miseczek, wyczyścił zaklęciem zabrudzone szkło terrariów i podawał właśnie pęsetą tłustego karaczana Lethe, gdy doskonale widoczne z pokoju drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich Ceolsige z różdżką w dłoni.
Lazarus odwrócił głowę w jej stronę, sięgając po własną różdżkę, gotów do obrony - nie powinien był zostawiać otwartych drzwi! - ale opuścił ją, widząc znajomą twarz i tylko niedbałym machnięciem rozproszył utkane naprędce na podłodze przedpokoju zaklęcie ochronne.
Ulga, bo po tym, czego naoglądał się dwie noce temu, umysł podsuwał mu dziesiątki gorszych możliwości, niż nieoczekiwana wizyta znajonej. Irytacja, bo wciąż była to oburzająca inwazja jego prywatnej przestrzeni.
Doskonale spodziewana po Burke, jak się nad tym zastanowić.
- Nie, nie spodziewałem się ciebie. Chciałem trochę przewietrzyć - powiedział spokojnie. Schował różdżkę do kieszeni i łagodnym ruchem pęsety zagonił z powrotem do terrarium pająka, który badał już odnóżami jego zewnętrzne krawędzie.
- Witaj - dodał poniewczasie.
Ceolsige nie miała zwyczaju wpadać bez zapowiedzi, ale czy jakiekolwiek zwyczaje miały jeszcze sens, w świetle ostatnich wydarzeń? Lazarus miał nadzieję, że nie sprowadza jej utrata własnego domu.
- Zamknij drzwi. To bezcelowe. Zaczynam podejrzewać, że ten zapach nie jest… naturalnym zjawiskiem.
Dym z wypalonego wcześniej papierosa na chwilę uczynił unoszący się w mieszkaniu swąd nieco znośniejszym, ale szybko uległ intensywnemu smrodowi spalenizny. W normalnych warunkach ktoś, kto przebywał w nawet najbardziej nieprzyjemnym zapachu, po paru minutach przestawał go czuć. Atmosfera mieszkania Lazarusa, teraz, kiedy nie był śmiertelnie zmęczony i miał przestrzeń na zajęcie się własnymi potrzebami, nie dawała o sobie zapomnieć.