08.10.2025, 01:16 ✶
Oczywiście, że by polemizowała, to było w jej naturze - dyskutować, poprawiać, udowadniać, że coś można zobaczyć inaczej, a chociaż czasami nadal udawałem, że mnie to drażni, wcale tak nie było. Po prostu znałem siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, iż podobne rozmowy z nią zwykle kończyły się tym, że w jakiś sposób i tak miała rację. Nie teraz, co prawda - nie przy tym wszystkim. Zdecydowanie nie był to jednak moment na to, żeby toczyli tę wojnę, jeszcze przyjdzie na to czas.
Kiedy rzuciła swoje następne zdanie, uniosłem brew, jej komentarz o tym, że „na pewno tacy by się znaleźli”, wywołał we mnie cień uśmiechu. Miała rację - niewielu było ludzi, którzy cieszyliby się z mojej nagłej wizyty w ich progach, z licznych i bardzo różnorodnych powodów.
- Czyli wszystko jasne, ale dla dobla celemonii, dalujmy sobie ich wywoływanie. - Przyznałem, półżartem, półpoważnie. Wiedziała, czym się zajmowałem, i choć zwykle nie rozmawialiśmy o tym zbyt otwarcie, miałem świadomość, że to nie była dla niej abstrakcja. U innych ludzi takie rozmowy, jakie już przeprowadziliśmy, wywoływałyby raczej niepokój. U niej - ciekawość, właśnie to było w niej intrygujące.
Patrzyła na mnie z tym swoim błyskiem w oku, który zwykle oznaczał, że znów coś analizuje, próbuje zrozumieć. Prudence była ciekawska w sposób, który nie zawsze rozumiałem, chociaż ostatnio próbowałem zrozumieć - interesowało ją to, co ukryte, nienazwane, nielogiczne. Widziałem, jak jej wzrok na moment się zawiesza, odpływa, jak znika gdzieś w środku własnych myśli. Nie przeszkadzało mi to - wręcz przeciwnie - z upływającym czasem zacząłem dostrzegać w tym pewien urok. Była trochę dziwna, ale ta dziwność miała w sobie coś wyjątkowego.
- To akulat wiem najlepiej. - Odparłem cicho, spoglądając w dal, na majaczące w oddali struktury ołtarza. Nie dodałem nic więcej, ale oboje wiedzieliśmy, że to prawda, a gdyby ktoś dekadę temu powiedział mi, że będę siedział u boku Prudence Bletchley, w różowym krawacie dobranym do jej sukienki, na ślubie naszego wspólnego znajomego, pewnie bym go wyśmiał. Wtedy uważała mnie za bogatego dupka, zresztą słusznie - byłem nim, nawet nie mając złych intencji, ale czas robił swoje, szlifował kanty, zostawiał ślady tam, gdzie wcześniej była tylko pycha.
Widziałem, jak przez chwilę się zawiesiła, myśli odpłynęły jej gdzieś daleko, jakby słowa, które padły, a może również widziane obrazy, otworzyły w głowie Prue cały, inny świat. Zdarzało jej się to często - z początku myślałem, że to roztargnienie, ale z czasem zrozumiałem, iż to było coś innego - sposób, w jaki jej umysł działał. Wciągał ją w głębsze rejony, miejsca, do których większość ludzi nie zaglądała. W pewien sposób było to fascynujące. Delikatnie dotknąłem jej przedramienia, odruchowo, bez większego zastanowienia - nie chodziło o to, żeby ją przywołać do porządku, raczej o to, by dać jej znać, że byłem obok. Nie planowałem tego, po prostu tak wyszło. Może to była potrzeba potwierdzenia, że to nie tylko ona miała w sobie wspomnienia, które potrafiły ugryźć w najmniej spodziewanym momencie - sam miałem swoje - i mimo że nie rozmawialiśmy o nich głośno, wiedzieliśmy wystarczająco dużo.
Ścisnąłem jej dłoń, ona ścisnęła moją. Chwilę później skupiłem wzrok na ołtarzu, gdzie młodzi stanęli naprzeciw siebie. Ciche szepty ustały i przez moment wszystko zdawało się prostsze niż zwykle. Widok pary, która miała zaraz przysiąc sobie wspólne życie, był dziwnie kojący. Może nawet... Budził nadzieję.
Kiedy rzuciła swoje następne zdanie, uniosłem brew, jej komentarz o tym, że „na pewno tacy by się znaleźli”, wywołał we mnie cień uśmiechu. Miała rację - niewielu było ludzi, którzy cieszyliby się z mojej nagłej wizyty w ich progach, z licznych i bardzo różnorodnych powodów.
- Czyli wszystko jasne, ale dla dobla celemonii, dalujmy sobie ich wywoływanie. - Przyznałem, półżartem, półpoważnie. Wiedziała, czym się zajmowałem, i choć zwykle nie rozmawialiśmy o tym zbyt otwarcie, miałem świadomość, że to nie była dla niej abstrakcja. U innych ludzi takie rozmowy, jakie już przeprowadziliśmy, wywoływałyby raczej niepokój. U niej - ciekawość, właśnie to było w niej intrygujące.
Patrzyła na mnie z tym swoim błyskiem w oku, który zwykle oznaczał, że znów coś analizuje, próbuje zrozumieć. Prudence była ciekawska w sposób, który nie zawsze rozumiałem, chociaż ostatnio próbowałem zrozumieć - interesowało ją to, co ukryte, nienazwane, nielogiczne. Widziałem, jak jej wzrok na moment się zawiesza, odpływa, jak znika gdzieś w środku własnych myśli. Nie przeszkadzało mi to - wręcz przeciwnie - z upływającym czasem zacząłem dostrzegać w tym pewien urok. Była trochę dziwna, ale ta dziwność miała w sobie coś wyjątkowego.
- To akulat wiem najlepiej. - Odparłem cicho, spoglądając w dal, na majaczące w oddali struktury ołtarza. Nie dodałem nic więcej, ale oboje wiedzieliśmy, że to prawda, a gdyby ktoś dekadę temu powiedział mi, że będę siedział u boku Prudence Bletchley, w różowym krawacie dobranym do jej sukienki, na ślubie naszego wspólnego znajomego, pewnie bym go wyśmiał. Wtedy uważała mnie za bogatego dupka, zresztą słusznie - byłem nim, nawet nie mając złych intencji, ale czas robił swoje, szlifował kanty, zostawiał ślady tam, gdzie wcześniej była tylko pycha.
Widziałem, jak przez chwilę się zawiesiła, myśli odpłynęły jej gdzieś daleko, jakby słowa, które padły, a może również widziane obrazy, otworzyły w głowie Prue cały, inny świat. Zdarzało jej się to często - z początku myślałem, że to roztargnienie, ale z czasem zrozumiałem, iż to było coś innego - sposób, w jaki jej umysł działał. Wciągał ją w głębsze rejony, miejsca, do których większość ludzi nie zaglądała. W pewien sposób było to fascynujące. Delikatnie dotknąłem jej przedramienia, odruchowo, bez większego zastanowienia - nie chodziło o to, żeby ją przywołać do porządku, raczej o to, by dać jej znać, że byłem obok. Nie planowałem tego, po prostu tak wyszło. Może to była potrzeba potwierdzenia, że to nie tylko ona miała w sobie wspomnienia, które potrafiły ugryźć w najmniej spodziewanym momencie - sam miałem swoje - i mimo że nie rozmawialiśmy o nich głośno, wiedzieliśmy wystarczająco dużo.
Ścisnąłem jej dłoń, ona ścisnęła moją. Chwilę później skupiłem wzrok na ołtarzu, gdzie młodzi stanęli naprzeciw siebie. Ciche szepty ustały i przez moment wszystko zdawało się prostsze niż zwykle. Widok pary, która miała zaraz przysiąc sobie wspólne życie, był dziwnie kojący. Może nawet... Budził nadzieję.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)