Pył, śnieg… Victoria zmarszczyła brwi, układając to sobie jakoś w głowie. Cokolwiek to było, jeśli w ogóle powodowało zapłon, to nie powinna się tego bać, przecież od tego nie spłonie. To znaczy wiedziała doskonale, że nie ma rzeczy niemożliwych, ona czy Atreus było tego doskonałym przykładem, ale w takich chwilach wolała być pewna tego, że nie ma takiego ognia, który wyrządziłby jej krzywdę.
– W takim razie zwrócę uwagę na ten pył, albo czymkolwiek jest – czy rzeczywiście leciał z nieba… a może to był pył już spopielonych rzeczy? Nie było to takie nadzwyczajne, bo gdy coś stawało na drodze ognia i ten stoczył swą walkę, to w powietrzu później unosiła się sadza osiadająca na wszystkim nawet setki metrów dalej. – Może to już pozostałości po jakichś spalonych rzeczach? – zasugerowała zresztą na głos, gdy już doszła do wniosku, że to nie może być znowu takie niemożliwe.
– Skoro to obejmuje całe miasto, to na pewno zaistnieją. Będziemy mieć powtórkę z Doliny Godryka – westchnęła, przywołując w pamięci to przedziwne zjawisko, gdzie słońce i księżyc były przez miesiąc widoczne razem na niebie i to nawet dla mugoli tam żyjących, którzy nagle zdali sobie sprawę z istnienia magii, a czyszczenie im pamięci co kilka godzin było wyjątkowo nieekonomiczne.
Intuicja podpowiadała Victorii, że za szybko nie wróci dzisiaj do domu. Zwykle, gdy wysyłali ich tak pilnie w teren wieczorami, to nie kończyło się to za szybko i Lestrange już czuła w kościach kolejne nadgodziny i bezsenną noc. Może w dzień uda jej się przespać… Nie miała pojęcia, jak bardzo myliła się w swoich estymacjach – ale kto mógł wiedzieć, na brzegu jakiej katastrofy się właśnie znajdowali?
– Tak. I pozostaje się modlić do Matki, żeby to jednak był przypadek – wymamrotała pod nosem, mając na myśli zgłoszenie z innego miasta. Przed Beltane Victoria nie była taka religijna. Brała udział w sabatach, ale bardziej Z obowiązku i tradycji, niż dlatego, że faktycznie wierzyła. Wszystko jednak zmieniło się w maju, gdy zobaczyła na własne oczy… i była przekonana, że w Limbo widziała właśnie Matkę.
Obserwowała przy tym, jak Harper Moody w końcu wyszła ze swojego gabinetu i wkurwiona przechodziła do biura BUM. To był moment przy którym Victoria westchnęła.
– Chyba czas i na mnie – cała ta rozmowa z Juliett była jak cisza przed burzą, na którą się przygotowywała, nie wiedząc jeszcze o prawdziwej skali zdarzenia. Była gotowa w każdej chwili puścić się biegiem korytarzem do punktu teleportacyjnego, jakby wcale nie stała tutaj przez dobrą minutę, puszczając przodem tych, którzy mieli swoich partnerów aktualnie w pracy. – Trzymaj za nas kciuki – rzuciła jeszcze do kobiety.