08.10.2025, 12:47 ✶
To była zwyczajna rozmowa. Zupełnie normalna i Moody cieszyła się z tych chwil normalności bo od czasu Spalonej czasami działy się dziwne rzeczy. A potem to się stało. Jako osoba pozbawiona instynktu samozachowawczego, balansująca zawsze na pograniczu brawury i głupoty, nie rozpoznała od razu, że to nadchodzi. Owszem, miała problem, żeby powiedzieć imię typa stojącego jako lider śmierciożerców. To nie był aż taki problem. Problemem był fakt, że nie mogła również na niego złorzeczyć. Wyzywać. Coś w niej kazało czuć pierdolony respekt.
Dlatego o tym nie rozmawiały.
Dlatego to nie powinien być problem.
Dlatego teraz nie zauważyła, kiedy jej umysł sam sięgnął po bluzgi, usta chciały wyrzucić z siebie zwyczajową wiązankę na temat czystokrwistych popaprańców (nikt taki jak Sige oczywiście, Sige była zbyt dumna by biegać w masce i mordować jak leci - tak przynajmniej oceniała ją Moody)(Moody niestety oceniała tak też ludzi, którzy realnie to robili, ale to inna sprawa) gdy usta jej się zasznurowały. Metaforycznie? Dostłownie? Miała wrażenie jakby wielka ropucha przemieszczała się jej gardłem. Zbladła, oczy jej się zeszkliły, a pot oblał całe jej i tak blade ciało. To nie były jej słowa, to były cudze słowa, oślizgłe słowa...
– Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu.. – wypluła z siebie, niemalże zwymiotowała na stół. Nie obchodziło ją, że trochę siara. Nie obchodził ją cały zewnętrzny świat. Zatrzęsła się ciałem, które na moment nie było jej ciałem i chyba to w tym wszystkim było najgorsze. A potem podniosła oczy na Sige. Wielkie, złote, proszące – Zabierz mnie stąd... proszę... chodźmy stąd... gdzieś indziej... – Nie były przyjaciółkami, może nie powinna o to prosić kogoś mieszkającego na Nokturnie. Prawda była taka, że może po prostu chciała się przejść. Być... gdzie indziej niż tu, gdzie ktoś zgwałcił jej wolną wolę i zostawił tego gada dalej w środku. To uczucie. To obrzydzenie do samej siebie.
Dlatego o tym nie rozmawiały.
Dlatego to nie powinien być problem.
Dlatego teraz nie zauważyła, kiedy jej umysł sam sięgnął po bluzgi, usta chciały wyrzucić z siebie zwyczajową wiązankę na temat czystokrwistych popaprańców (nikt taki jak Sige oczywiście, Sige była zbyt dumna by biegać w masce i mordować jak leci - tak przynajmniej oceniała ją Moody)(Moody niestety oceniała tak też ludzi, którzy realnie to robili, ale to inna sprawa) gdy usta jej się zasznurowały. Metaforycznie? Dostłownie? Miała wrażenie jakby wielka ropucha przemieszczała się jej gardłem. Zbladła, oczy jej się zeszkliły, a pot oblał całe jej i tak blade ciało. To nie były jej słowa, to były cudze słowa, oślizgłe słowa...
– Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu.. – wypluła z siebie, niemalże zwymiotowała na stół. Nie obchodziło ją, że trochę siara. Nie obchodził ją cały zewnętrzny świat. Zatrzęsła się ciałem, które na moment nie było jej ciałem i chyba to w tym wszystkim było najgorsze. A potem podniosła oczy na Sige. Wielkie, złote, proszące – Zabierz mnie stąd... proszę... chodźmy stąd... gdzieś indziej... – Nie były przyjaciółkami, może nie powinna o to prosić kogoś mieszkającego na Nokturnie. Prawda była taka, że może po prostu chciała się przejść. Być... gdzie indziej niż tu, gdzie ktoś zgwałcił jej wolną wolę i zostawił tego gada dalej w środku. To uczucie. To obrzydzenie do samej siebie.