08.10.2025, 16:27 ✶
...wszystko przez Tego Którego Imienia Nie Mogła Wymówić, co było bardzo irytujące, ale to nie był jeszcze moment, w którym stało się nieznośnie irytujące. Mały lapsus językowy, dziwny uścisk w żołądku na samą myśl o liderze śmierciuchów.
Nie ważne.
Co liczyło się teraz to Olivia, która ledwie przed momentem zdecydowała się pomagać Zakonowi a teraz wylądowała na bruku. Moody była bardziej niż wkurwiona takim obrotem spraw i chociaż rwała się do pomagania tym mniej majętnym choć wciąż zaprzyjaźnionym z zakonem rodzinom, tak gdzieś tam na liście priorytetów zalśniło zadbanie o swoich zadbanie o przyjaciół. Bo nawet jeśli nie były super duper blisko przed laty, to teraz walczyły ramię w ramię z tymi skurwielami. A jak tu walczyć, gdy było tak przechujowo?
– Livka?! – zawołała kładąc w progu dwa wielkie kosze wypełnione dobrami. Księżycowy Staw - super tajna baza Zakonu, o której już przypadkiem powiedziała Prewettowi, ale obiecała solennie Brennie, że już nikomu innemu się nie wygada - obfitował w pokoje do remontu, ale pełno było tam rzeczy po poprzednich lokatorach. Materiałów. Ubrań i butów w nieco gorszej jakości, ale kto zmyślny mógłby szybko doprowadzić je do porządku (Moody nigdy, ale no dziewczyna miała inne talenty). Wzięła też słoiki ze spiżarni, bardzo możliwe że na ślepo mogły być tam same dżemy agrestowe, a mogły być też żelazne zapasy fasolki po bretońsku. Drugi kosz wypełniony był zielskiem od Dory, pustymi fiolkami i słoiczkami, poczuciem, że człowiek samemu w razie potrzeby może sobie coś ulepić, skoro ma dwie ręce i przepisy w głowie. Zestaw zrób to sam, bo reszta miała być rozdysponowana pomiędzy ludzi, którzy już nie mieli takiej wiedzy. Co najważniejsze - nic nie jebało sadzą. Kurzem owszem, ale nie sadzą. – Oli! – wykrzyknęła radośnie gdy zobaczyła figurę drobnej sklepikarki. Jeszcze miesiąc temu urządzała scenę w tym sklepie kurwa mać! Bez zbędnych ceregieli wpadła do środka i uściskała Quirke. – Mam dla Ciebie i Twoich metę. Czystą. Mój stary coś ogarnął. Będziecie mieli gdzie się schować na czas tego... tego wszystkiego. Mam... mam zielska, nie wiem, jakąś trawę, ponoć to ta przydatna i... och... jak tak wyszłaś martwiłam się. – jebać świece i kadzidła, gdy wszystko rozbijało się o życie. Póki nie wszyscy umarli, mogli mieć nadzieję.
Nie ważne.
Co liczyło się teraz to Olivia, która ledwie przed momentem zdecydowała się pomagać Zakonowi a teraz wylądowała na bruku. Moody była bardziej niż wkurwiona takim obrotem spraw i chociaż rwała się do pomagania tym mniej majętnym choć wciąż zaprzyjaźnionym z zakonem rodzinom, tak gdzieś tam na liście priorytetów zalśniło zadbanie o swoich zadbanie o przyjaciół. Bo nawet jeśli nie były super duper blisko przed laty, to teraz walczyły ramię w ramię z tymi skurwielami. A jak tu walczyć, gdy było tak przechujowo?
– Livka?! – zawołała kładąc w progu dwa wielkie kosze wypełnione dobrami. Księżycowy Staw - super tajna baza Zakonu, o której już przypadkiem powiedziała Prewettowi, ale obiecała solennie Brennie, że już nikomu innemu się nie wygada - obfitował w pokoje do remontu, ale pełno było tam rzeczy po poprzednich lokatorach. Materiałów. Ubrań i butów w nieco gorszej jakości, ale kto zmyślny mógłby szybko doprowadzić je do porządku (Moody nigdy, ale no dziewczyna miała inne talenty). Wzięła też słoiki ze spiżarni, bardzo możliwe że na ślepo mogły być tam same dżemy agrestowe, a mogły być też żelazne zapasy fasolki po bretońsku. Drugi kosz wypełniony był zielskiem od Dory, pustymi fiolkami i słoiczkami, poczuciem, że człowiek samemu w razie potrzeby może sobie coś ulepić, skoro ma dwie ręce i przepisy w głowie. Zestaw zrób to sam, bo reszta miała być rozdysponowana pomiędzy ludzi, którzy już nie mieli takiej wiedzy. Co najważniejsze - nic nie jebało sadzą. Kurzem owszem, ale nie sadzą. – Oli! – wykrzyknęła radośnie gdy zobaczyła figurę drobnej sklepikarki. Jeszcze miesiąc temu urządzała scenę w tym sklepie kurwa mać! Bez zbędnych ceregieli wpadła do środka i uściskała Quirke. – Mam dla Ciebie i Twoich metę. Czystą. Mój stary coś ogarnął. Będziecie mieli gdzie się schować na czas tego... tego wszystkiego. Mam... mam zielska, nie wiem, jakąś trawę, ponoć to ta przydatna i... och... jak tak wyszłaś martwiłam się. – jebać świece i kadzidła, gdy wszystko rozbijało się o życie. Póki nie wszyscy umarli, mogli mieć nadzieję.