08.10.2025, 21:34 ✶
– Och... och bardzo dziękuję. Żona będzie zachwycona! Z pewnością podkradnie mi kilka butelek na to jej spotkanie kółka garncarskiego, co te baby nie wymyślą! Teraz niedawno w Dolinie przyjachała miastowa z Londynu i miesza tym kobitkom w głowie. Karze uwolnić artystyczne dusze i malować talerze. A nierówne to! A chropowate! I to ponoć takie właśnie ma być! Kolory moja kochana ładne przynajmniej dobiera, o nawet przypomniałem żem sobie, że miałem przynieść jeden wazon. Paskudnie krzywy, nie to co ta piękna butelka... – przejechał kciukiem po szkle, choć w sumie dłoń miał tak spracowaną latami uczciwej pracy, że zapewne uczuł jedynie trochę wilgoci, aniżeli fakturę wspomnianej butelki. – No ale kolory ładne. Pomarańcze i czerwienie, jak najprzedniejszy sok warstwami lany, że truskawka najpierw a potem trochę gruszki i pomarańczy. Ładne takie... awangatowe. – musiał chwile poszukać słowa, a gdy ono padło, nie zastanawiał się już bardziej, czy wypowiedział je poprawnie. Zamiast tego skupił się na smaku boskiego napoju, którym uraczył go jego zleceniodawca. Praca dla Bertiego Botta to były same i jedyne przyjemności. Zarówno w trakcie, jak i w takich chwilach jak ta, pełnych pokoju i zapracowanego odpoczynku.
A potem...
...coś się zmieniło.
Najpierw jego dobrodziej zmarszczył czoło i wlepił w coś oczy. Jego pytanie samo w sobie proste, napełniało niepokojem, który nie mógł pozostać obojętny. Joshua dźwignął się ze swojego siedziska i odstawił na stolik napitek. Zimną od szkła ręką przetarł czoło, odwracając się w tym samym kierunku.
– Burza jakaś? A przeca nie pachnie deszczem... – zaciągnął się mocno, a potem - podobnie jak gospodarz - wyciągnął rękę przed siebie czekając aż płatek "śniegu" na nią spadnie. Ale to nie był śnieg. – Pożar...? – to nie było ani pytanie ani stwierdzenie, ale Joshua miał zbyt wiele lat na swoim karku, by nie rozpoznać popiołu. – Złe znów dybie na Dolinę...– jęknął, nie mając bynajmniej świadomości jaka będzie skala tego, czego początku byli obaj świadkami. Ale był mieszkańcem Doliny. Pamiętał wszystkie dziwa, które działy się w trakcie Beltane. Wiedział o widmach. Wiedział o zagrożeniu... – Muszę... musżę zebrać swoich – stał wciąż wbity w ziemię. Toć ten cały Voldemort nie mógł tu zrobić wulkanu po środku Kniei, a jedna z jego latorośli opowiadała mu właśnie o wulkanach, że tak jest niedługo przed erupcją. Nie mógł prawda? A może?
A potem...
...coś się zmieniło.
Najpierw jego dobrodziej zmarszczył czoło i wlepił w coś oczy. Jego pytanie samo w sobie proste, napełniało niepokojem, który nie mógł pozostać obojętny. Joshua dźwignął się ze swojego siedziska i odstawił na stolik napitek. Zimną od szkła ręką przetarł czoło, odwracając się w tym samym kierunku.
– Burza jakaś? A przeca nie pachnie deszczem... – zaciągnął się mocno, a potem - podobnie jak gospodarz - wyciągnął rękę przed siebie czekając aż płatek "śniegu" na nią spadnie. Ale to nie był śnieg. – Pożar...? – to nie było ani pytanie ani stwierdzenie, ale Joshua miał zbyt wiele lat na swoim karku, by nie rozpoznać popiołu. – Złe znów dybie na Dolinę...– jęknął, nie mając bynajmniej świadomości jaka będzie skala tego, czego początku byli obaj świadkami. Ale był mieszkańcem Doliny. Pamiętał wszystkie dziwa, które działy się w trakcie Beltane. Wiedział o widmach. Wiedział o zagrożeniu... – Muszę... musżę zebrać swoich – stał wciąż wbity w ziemię. Toć ten cały Voldemort nie mógł tu zrobić wulkanu po środku Kniei, a jedna z jego latorośli opowiadała mu właśnie o wulkanach, że tak jest niedługo przed erupcją. Nie mógł prawda? A może?