09.10.2025, 00:54 ✶
Helloise znała wartość tajemnic — a przynajmniej tych, które mogły mieć wpływ na jej własne życie. Na tyle ceniła dotychczasową swobodę, żeby nie narażać się bez potrzeby na zerwanie rodzinnego układu. Wszyscy wychodzili obecnie na zadowolonych w wystarczającym stopniu, mimo że nikt nie był całkiem syty. Może i niełatwo było za nią momentami nadążyć — taki już miała urok — lecz nie planowała nigdy z rozmysłem ryzykować bezpieczeństwa rodziny. Nie miała powodów; mogła na tym jedynie stracić — przywileje, ale i ludzi, do których wciąż żywiła sentyment.
Chłopcy natomiast rzeczywiście bywali zwodniczy i nienasyceni — to zupełnie jak ona. Odebrała już w życiu lekcję o mężczyznach. Goniła często dla rozrywki za romansami, lecz zwykle pozwalała im istnieć tylko tak długo, jak długo ją w jakiś sposób bawiły. Czasem koniec był lepszy, czasem gorszy, ale z łatwością zapominała, a nieporozumienia romantyczne budziły co najwyżej irytację.
Wyłącznie rozbawiły ją zatem te ostrzeżenia Leviathana — wierzyła przecież niezachwianie, że jest sprytniejsza od wszystkich dookoła. Bawiły ją tym bardziej, że Zimny Śmierciożerca nie był nawet tego typu relacją. Był zbyt… zimny jak na jej gusta.
Helloise wstała i podążyła za czarodziejem przez izbę, aby stanąć u jego boku. Chciała widzieć, co robi — po części z ciekawości, po części, aby go pilnować. Tym razem to ona stała nad nim, gdy pochylił się nad plamą. Mając jego głowę w zasięgu ręki, jej dłoń sama wplątała się w ciemne włosy. Czarownica spróbowała nawinąć krótki kosmyk Leviathana na palec, a gdy uciekł jej, złapała kolejny, i kolejny.
— Dlaczego nie przyszło ci do głowy, że może być na odwrót? — zapytała, nie kryjąc głębokiego przekonania, że rzeczywiście tak jest. Paznokciem wyznaczyła drogę po skalpie do samego ucha i zsunęła się za nim leniwie na kark, i z powrotem w górę. Błądziła bezcelowo, zaabsorbowana plamą w równej niemal mierze, co on. — Dlaczego nie ja miałabym zwodzić i oszukiwać?
Nie przeszkadzała mu, gdy zaczął czarować. Siadła na podłodze, opierając się plecami o ścianę i obserwowała, jak drobinki krwi zaczynają się poruszać, oddzielać i unosić. Zrobił to w jej skromnej ocenie dobrze — bo najważniejsze, że skutecznie i spełniwszy jej wydumane wymogi.
— Pięknie — wymruczała ledwie dosłyszalnie pod nosem, gdy zgasło drugie zaklęcie. Podniosła się niespodziewanie żwawo i zabrała słój krwi sprzed nosa mężczyzny, jakby bała się, że Levi postanowi zachować ów skarb dla siebie. — Zadbam o to, żeby pozbyć się go odpowiednio.
Chłopcy natomiast rzeczywiście bywali zwodniczy i nienasyceni — to zupełnie jak ona. Odebrała już w życiu lekcję o mężczyznach. Goniła często dla rozrywki za romansami, lecz zwykle pozwalała im istnieć tylko tak długo, jak długo ją w jakiś sposób bawiły. Czasem koniec był lepszy, czasem gorszy, ale z łatwością zapominała, a nieporozumienia romantyczne budziły co najwyżej irytację.
Wyłącznie rozbawiły ją zatem te ostrzeżenia Leviathana — wierzyła przecież niezachwianie, że jest sprytniejsza od wszystkich dookoła. Bawiły ją tym bardziej, że Zimny Śmierciożerca nie był nawet tego typu relacją. Był zbyt… zimny jak na jej gusta.
Helloise wstała i podążyła za czarodziejem przez izbę, aby stanąć u jego boku. Chciała widzieć, co robi — po części z ciekawości, po części, aby go pilnować. Tym razem to ona stała nad nim, gdy pochylił się nad plamą. Mając jego głowę w zasięgu ręki, jej dłoń sama wplątała się w ciemne włosy. Czarownica spróbowała nawinąć krótki kosmyk Leviathana na palec, a gdy uciekł jej, złapała kolejny, i kolejny.
— Dlaczego nie przyszło ci do głowy, że może być na odwrót? — zapytała, nie kryjąc głębokiego przekonania, że rzeczywiście tak jest. Paznokciem wyznaczyła drogę po skalpie do samego ucha i zsunęła się za nim leniwie na kark, i z powrotem w górę. Błądziła bezcelowo, zaabsorbowana plamą w równej niemal mierze, co on. — Dlaczego nie ja miałabym zwodzić i oszukiwać?
Nie przeszkadzała mu, gdy zaczął czarować. Siadła na podłodze, opierając się plecami o ścianę i obserwowała, jak drobinki krwi zaczynają się poruszać, oddzielać i unosić. Zrobił to w jej skromnej ocenie dobrze — bo najważniejsze, że skutecznie i spełniwszy jej wydumane wymogi.
— Pięknie — wymruczała ledwie dosłyszalnie pod nosem, gdy zgasło drugie zaklęcie. Podniosła się niespodziewanie żwawo i zabrała słój krwi sprzed nosa mężczyzny, jakby bała się, że Levi postanowi zachować ów skarb dla siebie. — Zadbam o to, żeby pozbyć się go odpowiednio.
dotknij trawy