09.10.2025, 01:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2025, 02:34 przez Oleander Crouch.)
Przetarcia i wgniecenia na poduszce ławki fortepianowej, błysk samego instrumentu przyglądał się rozgrywanej w salonie dyskusji; godziny spędzone przy instrumencie w samotności skraplały się potem zostawiając słoną ścieżkę na kości słoniowej klawiszy. Zwiewne wspomnienia dni i nocy, towarzystwa Lorraine tonęły przygniecione balastem presji, nakładanej na siebie, przez samego siebie. Nikt nie łamał mu palców, ale zdawało się jakby sam sobie podcinał skrzydła, gdy czarne pióra stawały się jednością z klapą instrumentu. Kim był, jeżeli nie grał? Kim miał być, jeżeli właśnie nie muzyką? Dźwiękiem zaklętym w rozpacz i ulotność wspomnień, przyspieszonego serca, przesuwających się po skórze opuszków, ostrych od godzin spędzonych przy nutach, miękkich, nieskalanych pracą.
Forgive me mother, I have sinned
My Holy bones, devoured flesh; where it all begins and fails.
The edge between delusion and desire.
Modlił się, choć nie szukał przebaczenia. Słowa własnej modlitwy wypalone w głowie gorącem Afryki, przypieczętowane duchotą łaźni. Pragnął uwagi i ją dostawał, przymknął oczy delektując się znajomą wonią materiału, wracając do pełnej zaplanowanego nieładu woni angielskiego ogrodu. Pragnął za dużo, czuł za dużo, mówił za dużo. Granice obłudy i rzeczywistości przecierały się, okalały stłuczone okna ze świętymi obrazami, szlifowały zburzone cegły upadłego pałacu.
- Ksar el-Kebir - wysnuł dźwięki spomiędzy warg, gubiąc je w fałdach spódnicy, bez wysiłku nadając szeptowi chropowatości marokańskiego słońca - Wojny Punickie spustoszyły północną Afrykę, Rzymianie byli bezwzględni. Ostoja Fenicjan, tak samo jak Kart Hadaszt* spalona do cna, odbudowana przez swojego kata, spichlerz Rzymu, zapomniane baśnie cierpienia. Czy nasze życia też są spisane na taki los - jeżeli tak, to pozostaje nam płonąć, odnaleźć się w ogniu i nauczyć żyć w gorącu, dostosować do schodzącej skóry, sproszkowanych kości - wziął głęboki oddech - Przepraszam, to co chciałem powiedzieć to... jak bardzo doceniam twoją obecność, słowa, troskę i miłość, pozwolę sobie być bezpośrednim, bo jak mogę inaczej? Nie mogę - urwał, choć zdanie wciąż byłoby pełne, gdyby teraz przestał. Ale myśl? Zgubiona, pozostawiona w monologu szaleńca; muzyka opowiadała historię, dialogi były trudniejsze. Zgubiony w godzinach ekspresji swojej prywatnej Odysei, wierzył, że enigmatyczność odda faktyczne emocje, buzującą rozpacz.
Zabrakło mu powietrza w płucach, nie powstrzymał zebranych łez wzbudzonych przez nostalgię słów; serce, jak katedra, zbłąkane dusze byłych kochanków sklejały powieki zawijasami rzęs, gorzkie żale i pieśni o radości chwili, ku chwale istoty deistycznej wylały się słonym odpływem oceanu, zeszkliwszy witraże duszy, otwierając okna do zgarbionego sedna istnienia.
- Zakochać się w witrażach o wiele prościej, gdy padają na nie promienie słońca, w Anglii o nie trudno; ty, jako naturalny blask gwiazdy jesteś w stanie dostrzec barwy szkła, bez ciebie nie byłoby piękna, Lorraine, to rzadki dar, chociaż może powinienem powiedzieć przekleństwo i zarazem błogosławieństwo? Ilu chciało dosięgnąć słońca, gwiezdnego gorąca, sparzeni, spopieleni, niegotowi na topniejący wosk Ikarzych skrzydeł, czyż nie? Miłość to lęk, skok w przepaść, nie wszyscy jesteśmy nań gotowi, miłość może nas uwolnić, ale i pogrążyć w szaleńczym okrucieństwie, pielęgnowanej latami zazdrości odbierającej uczuciom piękno, a ja... ja nie lubię jak mi się cokolwiek zabiera - nie wydawał się panować nad myślami, które opuszczały jego usta, zgniecione w umyśle jak zużyte pergaminy z pięciolinią zaśmiecające posadzkę przy wzniosłości fortepianu; głos zabarwiony łkaniem brzmiał żałośnie, w swoim obłąkaniu wypuścił skrawek rozpaczy, niepogodzony ze zbyt wieloma aspektami istnienia i skostniałości świata.
Pamiętał szkic, przywiódł na myśl żonę Jamala, obecną z nimi tylko ciałem, jej oczy zwierciadłami dawnej świetności, porzuconych nadziei; oddana wygodzie i chwilowemu szczęściu, poświęciła swą obecność w chwili trwającej dla starej, niegasnącej miłości. Jamal miał oczy czarne, brąz na ich dnie przypominał słodycz ciągnących się, przerobionych na cukrową miazgę daktyli. Praca Delacroix, o której mówiła Lorraine nie przykuła jego uwagi na długo, zdawał się nie doceniać przepychu jaki kryła prostota nakreślonych linii i głębi zaklętej w pergaminie. Wiedziony wielkością blasku, upadał równie mocno, co przeżywał uniesienia - całym sobą, dobitnie, by móc obnosić się siniakami jak przedwieczną, babciną biżuterią. Lorraine chłodem swoich dłoni, wypisanym w linii szczęki głodem sprowadzała go na ziemię w podniosłości swej mowy, w obrazowości wspomnień. Bezpieczeństwo, które czuł od jej nie do końca ludzkiej osoby było zakorzenione w kobiecości, lgnął doń i układał się na kolanach, pragnąc być jednością z niemęskim elementem swojej osobowości, znajomym uczuciem, nakreślonym rękoma matki, podkreślonym nieobecnością ojca.
- Wiem, że jest w tym wzajemność. Wstrzemięźliwość zabrania śmielszych ruchów, ale nić porozumienia jaką wykształciliśmy przez lata zbytnio nas spętała, nie ma odwrotu. Próbowałem uciec i pogrążyć się w żałobie, uszanować jego decyzję, chęć podążania wyścieloną przez rodzinę ścieżkę, bo gdzież ... przecież to nienaturalne - słowa scałowane z warg blondyna zatruwały mu myśl, prowadziły ścieżką, której wcześniej nie poznał, wstydu i konsekwencji własnych czynów. Walecznie podjął rękawicę - Ale kto decyduje o tym co naturalne, a co nie? Czy fakt, że mogę z pomocą magii stać się kimkolwiek, kobietą, innym mężczyzną, jest naturalne? Jak najbardziej. Cała plątanina konserwatywnej myśli, w której jesteśmy wychowani - absurd i hipokryzja. Dla mnie to nie przeszkoda, ale czym byłaby moja miłość, gdybym piętnował ją egoizmem własnego szczęścia? Stawiam granicę, należy mi się wiele, ale nie wybory i decyzje innych. Nawet jeżeli wiem, że mnie kocha, czy zabieranie mu innych opcji nie jest równe okrucieństwu? Tyle lat, myślałem, że to się zmieni, że minie, ale nie minęło i zaczynam myśleć, może matka była dla mnie zbyt wyrozumiała? - udało się, wodospad świadomości przykrył światło dnia wątpliwościami. Nienaturalnie empatyczne dla Oleandra myśli zaćmiły letnie promienie Londynu; serce nie było sługą, nawet dla chłopca, który całe życie wydawał polecenia.
Niewypowiedziane imię wisiało w powietrzu, majaczyło we mgle rozmytej obietnicy.
*Kartagina, ale po fenicku.
Forgive me mother, I have sinned
My Holy bones, devoured flesh; where it all begins and fails.
The edge between delusion and desire.
Modlił się, choć nie szukał przebaczenia. Słowa własnej modlitwy wypalone w głowie gorącem Afryki, przypieczętowane duchotą łaźni. Pragnął uwagi i ją dostawał, przymknął oczy delektując się znajomą wonią materiału, wracając do pełnej zaplanowanego nieładu woni angielskiego ogrodu. Pragnął za dużo, czuł za dużo, mówił za dużo. Granice obłudy i rzeczywistości przecierały się, okalały stłuczone okna ze świętymi obrazami, szlifowały zburzone cegły upadłego pałacu.
- Ksar el-Kebir - wysnuł dźwięki spomiędzy warg, gubiąc je w fałdach spódnicy, bez wysiłku nadając szeptowi chropowatości marokańskiego słońca - Wojny Punickie spustoszyły północną Afrykę, Rzymianie byli bezwzględni. Ostoja Fenicjan, tak samo jak Kart Hadaszt* spalona do cna, odbudowana przez swojego kata, spichlerz Rzymu, zapomniane baśnie cierpienia. Czy nasze życia też są spisane na taki los - jeżeli tak, to pozostaje nam płonąć, odnaleźć się w ogniu i nauczyć żyć w gorącu, dostosować do schodzącej skóry, sproszkowanych kości - wziął głęboki oddech - Przepraszam, to co chciałem powiedzieć to... jak bardzo doceniam twoją obecność, słowa, troskę i miłość, pozwolę sobie być bezpośrednim, bo jak mogę inaczej? Nie mogę - urwał, choć zdanie wciąż byłoby pełne, gdyby teraz przestał. Ale myśl? Zgubiona, pozostawiona w monologu szaleńca; muzyka opowiadała historię, dialogi były trudniejsze. Zgubiony w godzinach ekspresji swojej prywatnej Odysei, wierzył, że enigmatyczność odda faktyczne emocje, buzującą rozpacz.
Zabrakło mu powietrza w płucach, nie powstrzymał zebranych łez wzbudzonych przez nostalgię słów; serce, jak katedra, zbłąkane dusze byłych kochanków sklejały powieki zawijasami rzęs, gorzkie żale i pieśni o radości chwili, ku chwale istoty deistycznej wylały się słonym odpływem oceanu, zeszkliwszy witraże duszy, otwierając okna do zgarbionego sedna istnienia.
- Zakochać się w witrażach o wiele prościej, gdy padają na nie promienie słońca, w Anglii o nie trudno; ty, jako naturalny blask gwiazdy jesteś w stanie dostrzec barwy szkła, bez ciebie nie byłoby piękna, Lorraine, to rzadki dar, chociaż może powinienem powiedzieć przekleństwo i zarazem błogosławieństwo? Ilu chciało dosięgnąć słońca, gwiezdnego gorąca, sparzeni, spopieleni, niegotowi na topniejący wosk Ikarzych skrzydeł, czyż nie? Miłość to lęk, skok w przepaść, nie wszyscy jesteśmy nań gotowi, miłość może nas uwolnić, ale i pogrążyć w szaleńczym okrucieństwie, pielęgnowanej latami zazdrości odbierającej uczuciom piękno, a ja... ja nie lubię jak mi się cokolwiek zabiera - nie wydawał się panować nad myślami, które opuszczały jego usta, zgniecione w umyśle jak zużyte pergaminy z pięciolinią zaśmiecające posadzkę przy wzniosłości fortepianu; głos zabarwiony łkaniem brzmiał żałośnie, w swoim obłąkaniu wypuścił skrawek rozpaczy, niepogodzony ze zbyt wieloma aspektami istnienia i skostniałości świata.
Pamiętał szkic, przywiódł na myśl żonę Jamala, obecną z nimi tylko ciałem, jej oczy zwierciadłami dawnej świetności, porzuconych nadziei; oddana wygodzie i chwilowemu szczęściu, poświęciła swą obecność w chwili trwającej dla starej, niegasnącej miłości. Jamal miał oczy czarne, brąz na ich dnie przypominał słodycz ciągnących się, przerobionych na cukrową miazgę daktyli. Praca Delacroix, o której mówiła Lorraine nie przykuła jego uwagi na długo, zdawał się nie doceniać przepychu jaki kryła prostota nakreślonych linii i głębi zaklętej w pergaminie. Wiedziony wielkością blasku, upadał równie mocno, co przeżywał uniesienia - całym sobą, dobitnie, by móc obnosić się siniakami jak przedwieczną, babciną biżuterią. Lorraine chłodem swoich dłoni, wypisanym w linii szczęki głodem sprowadzała go na ziemię w podniosłości swej mowy, w obrazowości wspomnień. Bezpieczeństwo, które czuł od jej nie do końca ludzkiej osoby było zakorzenione w kobiecości, lgnął doń i układał się na kolanach, pragnąc być jednością z niemęskim elementem swojej osobowości, znajomym uczuciem, nakreślonym rękoma matki, podkreślonym nieobecnością ojca.
- Wiem, że jest w tym wzajemność. Wstrzemięźliwość zabrania śmielszych ruchów, ale nić porozumienia jaką wykształciliśmy przez lata zbytnio nas spętała, nie ma odwrotu. Próbowałem uciec i pogrążyć się w żałobie, uszanować jego decyzję, chęć podążania wyścieloną przez rodzinę ścieżkę, bo gdzież ... przecież to nienaturalne - słowa scałowane z warg blondyna zatruwały mu myśl, prowadziły ścieżką, której wcześniej nie poznał, wstydu i konsekwencji własnych czynów. Walecznie podjął rękawicę - Ale kto decyduje o tym co naturalne, a co nie? Czy fakt, że mogę z pomocą magii stać się kimkolwiek, kobietą, innym mężczyzną, jest naturalne? Jak najbardziej. Cała plątanina konserwatywnej myśli, w której jesteśmy wychowani - absurd i hipokryzja. Dla mnie to nie przeszkoda, ale czym byłaby moja miłość, gdybym piętnował ją egoizmem własnego szczęścia? Stawiam granicę, należy mi się wiele, ale nie wybory i decyzje innych. Nawet jeżeli wiem, że mnie kocha, czy zabieranie mu innych opcji nie jest równe okrucieństwu? Tyle lat, myślałem, że to się zmieni, że minie, ale nie minęło i zaczynam myśleć, może matka była dla mnie zbyt wyrozumiała? - udało się, wodospad świadomości przykrył światło dnia wątpliwościami. Nienaturalnie empatyczne dla Oleandra myśli zaćmiły letnie promienie Londynu; serce nie było sługą, nawet dla chłopca, który całe życie wydawał polecenia.
Niewypowiedziane imię wisiało w powietrzu, majaczyło we mgle rozmytej obietnicy.
*Kartagina, ale po fenicku.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦