09.10.2025, 03:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2025, 03:28 przez Bertie Bott.)
- Ależ przecież nie ma za co - Bertie z pewnym zdziwieniem zdawał się odkrywać przy swoim pracowniku na nowo, i za każdym razem kiedy się to zdarzało, że ten momentami mówił jeszcze więcej niż on. Miło tak było zostać zalanym potokiem słów, który wlewał się uszu i przyjemnie drapał w umysł, szczególnie przez te pochwały i zapewnienia, że inni też będą zachwyceni. Bott milczał jeszcze z innego powodu, mianowicie prostego faktu, że sam by się na takie kółko garncarskie zapisał i że w ogóle je przegapił to była okropna tragedia. Wierzył też w ogólną emancypację kobiet, może dlatego że wykonywał zajęcie które przez wielu było uważane za babskie - bo to baba przecież w kuchni stać powinna! - Proszę pamiętać następnym razem o tym wazonie, ja go bardzo chętnie postawię w pokazowym miejscu - zapewnił Joshue, bo on wcale taki nie był, żeby nie doceniać rękodzielnictwa a do tego kłamać w takich sprawach. - I w sumie truskawki, gruszki, pomarańcze... a, może zrobię taki na następny raz? Przyjmie się tak samo dobrze jak piwo? - uśmiechnął się, podpytując troszkę chytrzy mężczyznę.
I wszystko było dobrze i tak jak być powinno. Bertie zaśmiał się, a potem pociągnął kolejny łyk piwa, a potem spojrzał w niebo i zadał to swoje zdziwione pytanie. Już nie było tak dobrze. Patrzył na swoją dłoń, na roztarty pył i myślał - dość intensywnie, biorąc pod uwagę że mówił absolutnie nic, ale próbował jakoś zidentyfikować to, co się właśnie działo. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy, oprócz niepokojących wniosków że właśnie kończył się świat. Przestąpił z nogi na nogę, czując jak butelka wydaje mu się strasznie niezręczna, a z drugiej strony wydawała się niewypowiedzianym ratunkiem. Trzymał się jej mocno, czuł jej gładkość i chłód i w jakiś sposób go to uspokajało. Uziemiało. Te okropne rozważania szybciutko od siebie odsunął, bo to było tylko trochę niemożliwe. Z resztą, wyrwał go z zawieszenia Joshua.
- To musiałby być ogromny pożar - powiedział cicho, powoli, rozglądając się po linii drzew. Nic nie dymiło, jeszcze, ale niebo było szare i nieprzyjemne. Niewłaściwe. Pożary pojawiały się znikąd, szczególnie gdy było sucho, ale równie szybko mknęli do nich strażacy, a za nimi ostrzeżenia w szczególności dla tych, którzy znajdowali się w strefie zagrożenia. - Tu się akurat zgodzę - złe już otaczało Dolinę. Czaiło się między drzewami i nawet powoli zaglądało do okien. Joshua jednak nie wiedział, że to złe w lesie, było tam już dawna. Bardzo dawna i jeszcze wcześniej niż sięgała tragedia Beltane. - Dokończę tutaj. Zbiorę zwierzęta z dalszych pastwisk, żeby były bezpieczne z dala od linii drzew. A ty pędź do domu Joshua, trzeba się nimi też zająć. Ostrzec, policzyć... jak skończę tutaj to postaram się do was dotrzeć i pomóc, jeśli będzie trzeba, dobrze? - dłoń Bertiego spoczęła na ramieniu pracownika. Był nieco wystraszony, ale pewny w tym co mówił. Potrzebowali planu, jakiegoś przynajmniej, a ten wydawał się najodpowiedniejszy. Bo co innego mieli teraz zrobić?
I wszystko było dobrze i tak jak być powinno. Bertie zaśmiał się, a potem pociągnął kolejny łyk piwa, a potem spojrzał w niebo i zadał to swoje zdziwione pytanie. Już nie było tak dobrze. Patrzył na swoją dłoń, na roztarty pył i myślał - dość intensywnie, biorąc pod uwagę że mówił absolutnie nic, ale próbował jakoś zidentyfikować to, co się właśnie działo. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy, oprócz niepokojących wniosków że właśnie kończył się świat. Przestąpił z nogi na nogę, czując jak butelka wydaje mu się strasznie niezręczna, a z drugiej strony wydawała się niewypowiedzianym ratunkiem. Trzymał się jej mocno, czuł jej gładkość i chłód i w jakiś sposób go to uspokajało. Uziemiało. Te okropne rozważania szybciutko od siebie odsunął, bo to było tylko trochę niemożliwe. Z resztą, wyrwał go z zawieszenia Joshua.
- To musiałby być ogromny pożar - powiedział cicho, powoli, rozglądając się po linii drzew. Nic nie dymiło, jeszcze, ale niebo było szare i nieprzyjemne. Niewłaściwe. Pożary pojawiały się znikąd, szczególnie gdy było sucho, ale równie szybko mknęli do nich strażacy, a za nimi ostrzeżenia w szczególności dla tych, którzy znajdowali się w strefie zagrożenia. - Tu się akurat zgodzę - złe już otaczało Dolinę. Czaiło się między drzewami i nawet powoli zaglądało do okien. Joshua jednak nie wiedział, że to złe w lesie, było tam już dawna. Bardzo dawna i jeszcze wcześniej niż sięgała tragedia Beltane. - Dokończę tutaj. Zbiorę zwierzęta z dalszych pastwisk, żeby były bezpieczne z dala od linii drzew. A ty pędź do domu Joshua, trzeba się nimi też zająć. Ostrzec, policzyć... jak skończę tutaj to postaram się do was dotrzeć i pomóc, jeśli będzie trzeba, dobrze? - dłoń Bertiego spoczęła na ramieniu pracownika. Był nieco wystraszony, ale pewny w tym co mówił. Potrzebowali planu, jakiegoś przynajmniej, a ten wydawał się najodpowiedniejszy. Bo co innego mieli teraz zrobić?