Mieli podejść do Electry, albo do Atreusa i Oriona, albo do Louvaina, albo gdziekolwiek Laurent podejść chciał, w tych rozbieganych myślach – nic jednak z tego się nie wydarzyło, bo gdy tak stali i Victoria dawała Prewettowi czas, by podjął decyzję, nie naciskając, ani nic nie ponaglając, ten zmarkotniał, jakby jednak jego myśli pobiegły tam, gdzie biec wcale nie miały. Widziała zmianę na jego twarzy i naprawdę, szczerze, było jej żal, bo wiedziała, jak ważną postacią była Florence dla Laurenta. Nie zdziwiło jej więc, gdy wyszeptał, że jednak źle się czuje, że trochę mu słabo… Więc odprowadziła go z powrotem, by mógł sobie usiąść. Pomogła mu zresztą bez słowa skargi, że tak zmienia zdanie i przez momencik stała tak za Laurentem, trzymając dla otuchy dłoń na jego ramieniu, a odwróciwszy się, gdy zerknęła w kierunku Atreusa, Oriona i Anthonego, zorientowała się, że została zauważona przez wuja.
A kiedy dotarło do niej, że Anthony prowadził kogoś w jej stronę, to nachyliła się jeszcze do Laurenta, by wyszeptać mu, że jakby co, to nigdzie się nie rusza i że za niedługo do niego wróci, i odsunęła się, żeby Prewett miał trochę spokoju, z dala od rozmowy, która mogła się potoczyć w przeróżny sposób.
– Pierwsze – potwierdziła, uśmiechając się do Shafiqa lekko, bo pomimo anturażu, mogli spotkać się w tym gronie: żywych. Uszczuplonym gronie, ale jednak pewną ulgą było, że do takiego spotkania mogło w ogóle dojść. Pozwoliła się objąć i sama odwzajemniła gest, lecz ten jej był znacznie bardziej zdawkowy, a to dlatego, że miała świadomość swojego lodowatego zimna i tego, że nie było to przyjemne dla większości ludzi. – Z widzenia i ze słyszenia – dodała, przenosząc ciemne spojrzenie na Basiliusa. – Chyba nigdy nie mieliśmy przyjemności… – dodała. – Miło mi poznać, nawet jeśli w tak przykrych okolicznościach. Moje kondolencje – bo o ile dobrze rozumiała koligacje rodzinne Prewetów, to był z Florence spokrewniony.
– Nie, nie współpracowała – przeniosła na powrót spojrzenie na Anthonego. – Z Florence znałam się bardzo przelotnie. Była uzdrowicielem, który łamał moją więź po rytuale z Beltane… O ile rozumiem, byliśmy pacjentami zero – miała na myśli więź, jaka wytworzyła się pomiędzy nią, a Saurielem Rookwoodem po miłosnym rytuale, który dotknął tak wiele ludzi. A oni, tak się złożyło, byli tą parą, na której Florence testowała, czy da się to w ogóle przerwać. – Laurent poprosił mnie, żebym przyszła – wyjaśniła i nawet zerknęła odruchowo za siebie, chcąc się upewnić, że blondyn nadal siedzi tam, gdzie go zostawiła.