09.10.2025, 22:05 ✶
Dziwna jakaś była. Dolohóvna, więc w sumie nie mogła być normalna, nie? Ponoć jej stary też był walnięty, to znaczy - był superwieszczem - więc ona pewnie też miała to we krwi. Ze szkoły Aidan pamiętał, że każda jedna osoba, która miała co,ś wspólnego z wróżbiarstwem, była pierdolnięta. Dziwny, rozedrgany wzrok, zamglone spojrzenie, nieobecność tu i teraz. Jak swoją rodzoną matkę kochał, jeżeli będzie musiał spędzić godzinę w towarzystwie pieprzonej herbatoodczytywaczki, to...
- Huh? - wymsknęło mu się, gdy Lyssa po prostu odwróciła się i odeszła. Cóż, w sumie o to mu chodziło, więc... Odetchnął, ale matka się pewnie dowie co odjebał, więc przełknął ślinę. - O nie, nie odchodź, przecież zadbałem o twój komfort, o nie, wróć, błagam.
Mamrotał pod nosem, tak żeby nie usłyszał go nikt z siedzących niedaleko ludzi, którzy przyglądali się całej tej dziwnej scenie z zaciekawienie. A na pewno mówił tak cicho, żeby nie usłyszała go Lyssa - nie skłamie matce, że nie próbował, nie? Da jej odejść, niech się obrazi, a potem będzie mógł wyjść i zapalić. Superplan, sprytny.
Parkinson uniósł brew, gdy zobaczył że dziewczyna nie skierowała się do drzwi, a do baru. I zamówiła piwo. Nie wino, nie whisky, nie fancy babskiego drinka z parasolką i magicznym płomieniem, tylko piwo. Do pierwszej brwi dołączyła druga, gdy Lyssa wróciła do stolika i usiadła. Tak po prostu.
- Tylko z tych kiepskich spotkań - odparował odruchowo, marszcząc brwi. Nie będzie mu jakaś pinda mamusi obrażała, co to to nie! - Mają wiele wspólnego z twoim ojcem, skoro wysłał cię tu. Desperacja, panno Dolohov?
Zapytał niewinnie, obracając szklankę w dłoni. Drugą dłonią sięgnął do kurtki i wyciągnął paczkę papierosów. Postukał nią w chwili wahania o blat stolika, ale w końcu wyciągnął ją w kierunku Lyssy. Może i był chamem, ale miał swoje granice, co nie? Miał nadzieję, że tego papierosa nie weźmie i przy okazji palnie mu wykład, że palenie jest niezdrowe i w ogóle śmierdzi od niego jak od popielniczki.
- Huh? - wymsknęło mu się, gdy Lyssa po prostu odwróciła się i odeszła. Cóż, w sumie o to mu chodziło, więc... Odetchnął, ale matka się pewnie dowie co odjebał, więc przełknął ślinę. - O nie, nie odchodź, przecież zadbałem o twój komfort, o nie, wróć, błagam.
Mamrotał pod nosem, tak żeby nie usłyszał go nikt z siedzących niedaleko ludzi, którzy przyglądali się całej tej dziwnej scenie z zaciekawienie. A na pewno mówił tak cicho, żeby nie usłyszała go Lyssa - nie skłamie matce, że nie próbował, nie? Da jej odejść, niech się obrazi, a potem będzie mógł wyjść i zapalić. Superplan, sprytny.
Parkinson uniósł brew, gdy zobaczył że dziewczyna nie skierowała się do drzwi, a do baru. I zamówiła piwo. Nie wino, nie whisky, nie fancy babskiego drinka z parasolką i magicznym płomieniem, tylko piwo. Do pierwszej brwi dołączyła druga, gdy Lyssa wróciła do stolika i usiadła. Tak po prostu.
- Tylko z tych kiepskich spotkań - odparował odruchowo, marszcząc brwi. Nie będzie mu jakaś pinda mamusi obrażała, co to to nie! - Mają wiele wspólnego z twoim ojcem, skoro wysłał cię tu. Desperacja, panno Dolohov?
Zapytał niewinnie, obracając szklankę w dłoni. Drugą dłonią sięgnął do kurtki i wyciągnął paczkę papierosów. Postukał nią w chwili wahania o blat stolika, ale w końcu wyciągnął ją w kierunku Lyssy. Może i był chamem, ale miał swoje granice, co nie? Miał nadzieję, że tego papierosa nie weźmie i przy okazji palnie mu wykład, że palenie jest niezdrowe i w ogóle śmierdzi od niego jak od popielniczki.