10.10.2025, 10:31 ✶
Nieodgadnione są wyroki różnic indywidualnych, przez które dwie osoby — choćby blisko spokrewnione i wychowane obok siebie w jednym domu — mogły mieć tak skrajnie różne doświadczenia. Obok różnic były jednak i podobieństwa, takie jak duma chociażby — a w dumę Helloise godziło jak niewiele innych rzeczy pytanie: Nauczyłaś się na swoich błędach? I to jeszcze wypowiedziane przez Leviathana, który był młodszy i którego pamiętała jako smarkacza, nigdy więc nie przyznała mu prawa autorytetu.
— Naprawdę? Ty będziesz mnie rozliczał? — zapytała z protekcjonalną manierą starszej siostry ciotki? przyjaciółki z dzieciństwa. — Jeśli jesteś bystry, to sam znajdziesz sobie odpowiedź na to pytanie.
Tkwiła w końcu pod tym lasem niemal pół życia i nigdy nie zniknęła na dłużej. Gdy zaś znikała, wynikało to raczej z dłuższej wędrówki po Kniei i wielodniowych medytacji na łonie natury, nie z pogoni za mężczyzną. Po cóż miałaby gonić, gdy zawsze jakiś chłopiec sam się przyplątał? Nie wkładała w to zbytniego wysiłku. Ani zaangażowania.
Pomysł oddania krwi temu, z którego żył została wylana, byłby Helloise nawet przypadł do gustu. Wydawał się właściwy, godny. Leviathan popełnił tylko jeden błąd: za dobrze go znała, żeby nie zorientować się, że wcale nie o godność i sprawiedliwość mu chodzi, gdy uśmiecha się tak chytrze. Sam przyznał jej zresztą, że ani nie obchodzi go Śmierciożerca, ani jego krew. W to nagłe nawrócenie uwierzyć zatem nie potrafiła.
Gdy słoik poruszył się w jej rękach, odruchowo przycisnęła go do siebie mocniej, lecz moc zaklęcia okazała się silniejsza od siły jej mięśni, szczególnie nadwątlonych niewyspaniem. Uciekający przedmiot pociągnął ją lekko za sobą, nim zorientowała się, że opór jest daremny i odpuściła. Odzyskawszy utraconą równowagę, sięgnęła do głębokiej kieszeni spódnicy po własną różdżkę.
— Levi — zganiła go zrezygnowana, dając znać, że nie wierzy w ani jedno jego słowo. — Wiesz chociaż, kto to był? Kogo szukasz? — Niezadowolona z obrotu sytuacji, spróbowała odwdzięczyć mu się bliźniaczym zaklęciem i odebrać słój z rąk szydercy.
// translokacja na powrót słoja w moje ręce
— Naprawdę? Ty będziesz mnie rozliczał? — zapytała z protekcjonalną manierą starszej siostry ciotki? przyjaciółki z dzieciństwa. — Jeśli jesteś bystry, to sam znajdziesz sobie odpowiedź na to pytanie.
Tkwiła w końcu pod tym lasem niemal pół życia i nigdy nie zniknęła na dłużej. Gdy zaś znikała, wynikało to raczej z dłuższej wędrówki po Kniei i wielodniowych medytacji na łonie natury, nie z pogoni za mężczyzną. Po cóż miałaby gonić, gdy zawsze jakiś chłopiec sam się przyplątał? Nie wkładała w to zbytniego wysiłku. Ani zaangażowania.
Pomysł oddania krwi temu, z którego żył została wylana, byłby Helloise nawet przypadł do gustu. Wydawał się właściwy, godny. Leviathan popełnił tylko jeden błąd: za dobrze go znała, żeby nie zorientować się, że wcale nie o godność i sprawiedliwość mu chodzi, gdy uśmiecha się tak chytrze. Sam przyznał jej zresztą, że ani nie obchodzi go Śmierciożerca, ani jego krew. W to nagłe nawrócenie uwierzyć zatem nie potrafiła.
Gdy słoik poruszył się w jej rękach, odruchowo przycisnęła go do siebie mocniej, lecz moc zaklęcia okazała się silniejsza od siły jej mięśni, szczególnie nadwątlonych niewyspaniem. Uciekający przedmiot pociągnął ją lekko za sobą, nim zorientowała się, że opór jest daremny i odpuściła. Odzyskawszy utraconą równowagę, sięgnęła do głębokiej kieszeni spódnicy po własną różdżkę.
— Levi — zganiła go zrezygnowana, dając znać, że nie wierzy w ani jedno jego słowo. — Wiesz chociaż, kto to był? Kogo szukasz? — Niezadowolona z obrotu sytuacji, spróbowała odwdzięczyć mu się bliźniaczym zaklęciem i odebrać słój z rąk szydercy.
// translokacja na powrót słoja w moje ręce
Rzut O 1d100 - 15
Akcja nieudana
Akcja nieudana
dotknij trawy