10.10.2025, 15:57 ✶
Ładnie Lucy było w rozpuszczonych włosach. Moment rozpuszczenia ich przyciągnął o wiele więcej uwagi Helloise niż próba przejęcia przez wampirzycę inicjatywy, którą to niemalże zlekceważyła. Uśmiech pozostał swobodny, gdy Rosewood starała się dopiec czarownicy. Hela nigdy nie przywiązywała nadto uwagi do imion, przeinaczenie przyjęła jako niewinną zabawę, która jej przyniosła może nawet więcej satysfakcji niż inicjatorce.
— Hel — powtórzyła za swoim gościem. Oczami błądziła po pasmach jej włosów, myślami zaś po uwitej we własnej pamięci sieci znanych legend, tropiąc tam skojarzenie. — Zdaje się, że to bogini, czy nie? Królowa zaświatów. — Przekręciła głowę tak, aby Lucy oglądała ją z półprofilu, i wyprostowała się dumnie, eksponując szyję; zupełnie jakby miała lada chwila zostać sportretowana ze swoimi helheimowymi duszyczkami. Schlebiło jej to porównanie, choć wywiodła je sama i sama włożyła w usta Rosewood. — Kim jest Louis?
Zdanie mugoli było ostatnim, jakim przejmowałaby się Helloise. Jeśli w słowach Lucy było coś z prawdy, czarownica mogła śmiało opinię niemagicznych odwzajemnić: mugole nie byli ludźmi. Być może jakimś ich poślednim gatunkiem, lecz nie ludźmi pełnoprawnymi, w tym najdoskonalszym, na wpół boskim sensie, w jakim człowieczeństwem obdarzeni zostali czarodzieje.
— Nie rób tego. Nie patrz na siebie oczami mugoli — pouczyła, polewając obu im herbaty. Z takiej praktyki nie mogło przecież wyjść nic dobrego.
Odpowiedź dotycząca pożywienia była więcej niż wymowna, mimo że nie wprost. Helloise kłamałaby, gdyby właśnie tego nie podejrzewała, choć do tamtej chwili nie miała pewności.
Nikt nigdy nie pił jej krwi — jeszcze. Wystawianie się obcemu wampirowi na żer mogło być ryzykowne — nie wiedziała o detektyw więcej niż to, co zdołała zaobserwować przez kilka nocy. Mogło się okazać, że jeśli sprezentuje Lucy okazję, ta wypije ją do cna, lecz paradoksalnie, to czyniło dla niej sytuację jedynie atrakcyjniejszą. Podejmowanie ryzykownych aktywności zawsze ją pociągało. Włożyć ręce w paszczę bestii i czekać w napięciu tego, czy zostanie ukąszona — ot, niewinne, ekscytujące hobby leśnej wiedźmy.
Nie włożyła jednak ręki wprost do paszczy Lucy Rosewood. Nadgarstkiem oraz miękkim wnętrzem przedramienia odwróconym ku górze wyciągnęła rękę w stronę wampirzycy nad stołem jak ofertę — nie na tyle jednak blisko, aby ta mogła ją tak po prostu chwycić.
— Zawsze wierzyłam w branie tego, na co się ma ochotę — powiedziała powoli, zadowolona z siebie tak, jakby to ona z nich dwóch miała przed sobą perspektywę uczty.
— Hel — powtórzyła za swoim gościem. Oczami błądziła po pasmach jej włosów, myślami zaś po uwitej we własnej pamięci sieci znanych legend, tropiąc tam skojarzenie. — Zdaje się, że to bogini, czy nie? Królowa zaświatów. — Przekręciła głowę tak, aby Lucy oglądała ją z półprofilu, i wyprostowała się dumnie, eksponując szyję; zupełnie jakby miała lada chwila zostać sportretowana ze swoimi helheimowymi duszyczkami. Schlebiło jej to porównanie, choć wywiodła je sama i sama włożyła w usta Rosewood. — Kim jest Louis?
Zdanie mugoli było ostatnim, jakim przejmowałaby się Helloise. Jeśli w słowach Lucy było coś z prawdy, czarownica mogła śmiało opinię niemagicznych odwzajemnić: mugole nie byli ludźmi. Być może jakimś ich poślednim gatunkiem, lecz nie ludźmi pełnoprawnymi, w tym najdoskonalszym, na wpół boskim sensie, w jakim człowieczeństwem obdarzeni zostali czarodzieje.
— Nie rób tego. Nie patrz na siebie oczami mugoli — pouczyła, polewając obu im herbaty. Z takiej praktyki nie mogło przecież wyjść nic dobrego.
Odpowiedź dotycząca pożywienia była więcej niż wymowna, mimo że nie wprost. Helloise kłamałaby, gdyby właśnie tego nie podejrzewała, choć do tamtej chwili nie miała pewności.
Nikt nigdy nie pił jej krwi — jeszcze. Wystawianie się obcemu wampirowi na żer mogło być ryzykowne — nie wiedziała o detektyw więcej niż to, co zdołała zaobserwować przez kilka nocy. Mogło się okazać, że jeśli sprezentuje Lucy okazję, ta wypije ją do cna, lecz paradoksalnie, to czyniło dla niej sytuację jedynie atrakcyjniejszą. Podejmowanie ryzykownych aktywności zawsze ją pociągało. Włożyć ręce w paszczę bestii i czekać w napięciu tego, czy zostanie ukąszona — ot, niewinne, ekscytujące hobby leśnej wiedźmy.
Nie włożyła jednak ręki wprost do paszczy Lucy Rosewood. Nadgarstkiem oraz miękkim wnętrzem przedramienia odwróconym ku górze wyciągnęła rękę w stronę wampirzycy nad stołem jak ofertę — nie na tyle jednak blisko, aby ta mogła ją tak po prostu chwycić.
— Zawsze wierzyłam w branie tego, na co się ma ochotę — powiedziała powoli, zadowolona z siebie tak, jakby to ona z nich dwóch miała przed sobą perspektywę uczty.
dotknij trawy