10.10.2025, 22:00 ✶
Czy był sens zważania na słowa, kiedy osobą stojącą naprzeciw ciebie był akurat Flint? Wszystko wokół – od nieba po dno morskie – zdawało się odradzać aż tak ostrożnego krążenia wokół tematu, kiedy głowa była nie taka i bujanie łajby kuło w żołądek, jakby ktoś go ściskał na złość i z premedytacją. Bo Flinta... Flinta to chyba nie do końca obchodziło. Niechaj to będzie choroba, strach, czy co tam jeszcze można było wymyślić – jego myśli już zbaczały z tematu, oczy uciekały gdzieś w bok, a zainteresowanie krążyło wokół poruszanych zagadnień, sprawnie unikając obszarów, które chciało się zakryć rękoma i nogami. Można było powiedzieć o nim wiele, ale słaby był z niego strażnik cudzych sekretów, więc nie nadstawiał uszu na plotki, jeśli nie dotyczyły spraw ważnych.
Machnął więc ręką, kiedy lekarz się tak wahał.
– Nie musisz mi mówić, jak ci to nie leży.
Tak na przyszłość to powiedział. O ile jakaś przyszłość w ogóle się gdzieś tam w oddali rysowała i szli tam wspólnie, bo wcale by go nie zdziwiło, gdyby po wszystkim Basilius przestał się do niego odzywać. Nie pierwszy i nie ostatni raz by się coś takiego zdarzyło...
Cóż, cokolwiek przyniesie przyszłość, trzeba będzie się z tym zmierzyć.
Tak jak z opowieścią o Kairze, o słonecznym miejscu, którego upały różniły się wielce od tych europejskich. O piasku i o tym, że gdyby miał zostać skałą, chciałby być piaskowcem. Najlepiej tak precyzyjnie wyżłobionym kawałkiem, żeby go mogli doczepić do sfinksa i stałby się jego nosem. A później, kiedy woda w kociołku zawrzała, a Flint przeszedł do opowiadania czegoż to nie kupił na bazarze Khan Al-Khalili i były to głupoty przeokrutne, do człowieka powoli docierało, że może trochę upiorny był i odklejony, ale miał w sobie pewien czar – i wiedział kiedy odwrócić czyjąś uwagę od problemu durną historią.
Machnął różdżką, a chochla w kociołku wykonała jeszcze trzy ruchy w lewo i dwa w prawo, aż wreszcie zalała czerwony kubek w białe kropeczki. Z jakimś napisem, ale zatartym już przez czas.
– Proszę. – Wręczył mu go.
Ziołowy napar, jaki mu przekazał, pachniał cudownie. Aż zadziwiało, ileż nostalgii można było odkryć w zapachu czegoś, co marynarz musiał nazwozić z chujwiekąd, ale czy to było istotne, kiedy łyk jednego z jego dzieł obiecywał spokój. To nie była zwyczajna herbata, ani wywar na kaca. To były zielska zebrane na końcu świata, co do których Flint miał pewność, że pomogą ukoić lęk, zanim przeżuje i wypluje biednego Basiliusa i najczystsze z jego wiader stanie się najbrudniejszym.
Czas płynął, statek zawrócił. Bezpieczny ląd, na który Prewett chciał wrócić, stawał się coraz wyraźniejszy.
Machnął więc ręką, kiedy lekarz się tak wahał.
– Nie musisz mi mówić, jak ci to nie leży.
Tak na przyszłość to powiedział. O ile jakaś przyszłość w ogóle się gdzieś tam w oddali rysowała i szli tam wspólnie, bo wcale by go nie zdziwiło, gdyby po wszystkim Basilius przestał się do niego odzywać. Nie pierwszy i nie ostatni raz by się coś takiego zdarzyło...
Cóż, cokolwiek przyniesie przyszłość, trzeba będzie się z tym zmierzyć.
Tak jak z opowieścią o Kairze, o słonecznym miejscu, którego upały różniły się wielce od tych europejskich. O piasku i o tym, że gdyby miał zostać skałą, chciałby być piaskowcem. Najlepiej tak precyzyjnie wyżłobionym kawałkiem, żeby go mogli doczepić do sfinksa i stałby się jego nosem. A później, kiedy woda w kociołku zawrzała, a Flint przeszedł do opowiadania czegoż to nie kupił na bazarze Khan Al-Khalili i były to głupoty przeokrutne, do człowieka powoli docierało, że może trochę upiorny był i odklejony, ale miał w sobie pewien czar – i wiedział kiedy odwrócić czyjąś uwagę od problemu durną historią.
Machnął różdżką, a chochla w kociołku wykonała jeszcze trzy ruchy w lewo i dwa w prawo, aż wreszcie zalała czerwony kubek w białe kropeczki. Z jakimś napisem, ale zatartym już przez czas.
– Proszę. – Wręczył mu go.
Ziołowy napar, jaki mu przekazał, pachniał cudownie. Aż zadziwiało, ileż nostalgii można było odkryć w zapachu czegoś, co marynarz musiał nazwozić z chujwiekąd, ale czy to było istotne, kiedy łyk jednego z jego dzieł obiecywał spokój. To nie była zwyczajna herbata, ani wywar na kaca. To były zielska zebrane na końcu świata, co do których Flint miał pewność, że pomogą ukoić lęk, zanim przeżuje i wypluje biednego Basiliusa i najczystsze z jego wiader stanie się najbrudniejszym.
Czas płynął, statek zawrócił. Bezpieczny ląd, na który Prewett chciał wrócić, stawał się coraz wyraźniejszy.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr