10.10.2025, 22:26 ✶
Zapewne miał rację. Jej lęki były przerysowane, jej problemy były przerysowane — co do zasady łatwo wpadała w szpony obsesji i paranoi, łatwo traciła z oczu obiektywizm.
Nieudane zaklęcie sfrustrowało czarownicę. Zamknęła na krótki moment oczy ze zrezygnowanym westchnieniem, jakby potrzebowała przerwy na zastanowienie się, co dalej. Nie miała na tyle energii i determinacji, aby w tamtej chwili walczyć z czarodziejem magicznie — o tym właśnie się przekonała. Dany jej w dzieciństwie prawem wieku argument siły fizycznej straciła nad nim dużych kilkanaście lat temu. Odkąd zaczął dojrzewać, mogła liczyć co najwyżej na łut szczęścia; ewentualnie wytrwałość i nadzieję, że Leviathan ustąpi dla świętego spokoju, mając jej dość.
— Ty wróciłeś cały — odezwała się w końcu dziwnie ciężko, patrząc na niego spod nienaturalnie gniewnie ściągniętych brwi. Sam ton nie był gniewny, raczej intensywny. Uczucia wydostały się z niej toporne i koślawe, zupełnie niedopasowane. Wcale nie chciała, aby wypłynęły. Naprędce przepakowywała więc swoją troskę w barwy jakichkolwiek innych emocji, które miała akurat pod ręką. — Co to zmienia, że tylko kilku? — przykryła od razu moment słabości rozdrażnieniem. — Nic nikomu nie zamierzasz zwracać. Nie potrzebujesz tego. — Zbliżyła się do Leviathana, chowając różdżkę.
W świecie prostych dylematów i oszczędnych refleksji Helloise, jeśli ktoś umierał, najwyraźniej albo zasłużył, albo sam tego chciał, ewentualnie taki wydano na niego wyrok boski. Bywało to przykre, lecz nie powinno się nad martwymi za dużo roztrząsać. W jej świecie każdy mógł więc umierać, jeśli takie miał życzenie lub tak mu się przydarzyło. Wierność tej zasadzie podpowiadała jej, że jeśli Leviathan Rowle chciał ryzykować życie, aby palić Londyn, miał do tego swoje święte prawo.
W praktyce — mimo że wrócił cały — nawiedzało ją w ostatnich dniach irracjonalne widmo strachu przynoszące krótkie sekwencje wizji, w których poległ. Świadomość tego, że znalazł się na froncie śmiertelnej walki, że mógł umrzeć, łapała ją w przypadkowych momentach za gardło, aby po kilku sekundach rozpłynąć się pod naciskiem faktów: nic się nie stało.
Ale mogło.
I co z tego?
— To nie miało nic wspólnego z Czarnym Panem — poprawiła go. — Nic. — Znalazła się podejrzanie blisko niego. — Jeśli jednak chce to docenić, jest jeden… jeden… jeden sposób. Dobre serduszka? Może innych zwyczajnie nie interesuje ta wojna? — Tak blisko, że podstęp nie był nawet podstępem. Po prostu sprawdzała, jak daleko pozwoli jej zajść. Czy zatrzyma ją przed tym, jak wsunie mu rękę do kieszeni, czy dopiero gdy będzie próbowała ją wyciągnąć. Spróbowała. — Oddaj mi go — syknęła nieustępliwie.
Nieudane zaklęcie sfrustrowało czarownicę. Zamknęła na krótki moment oczy ze zrezygnowanym westchnieniem, jakby potrzebowała przerwy na zastanowienie się, co dalej. Nie miała na tyle energii i determinacji, aby w tamtej chwili walczyć z czarodziejem magicznie — o tym właśnie się przekonała. Dany jej w dzieciństwie prawem wieku argument siły fizycznej straciła nad nim dużych kilkanaście lat temu. Odkąd zaczął dojrzewać, mogła liczyć co najwyżej na łut szczęścia; ewentualnie wytrwałość i nadzieję, że Leviathan ustąpi dla świętego spokoju, mając jej dość.
— Ty wróciłeś cały — odezwała się w końcu dziwnie ciężko, patrząc na niego spod nienaturalnie gniewnie ściągniętych brwi. Sam ton nie był gniewny, raczej intensywny. Uczucia wydostały się z niej toporne i koślawe, zupełnie niedopasowane. Wcale nie chciała, aby wypłynęły. Naprędce przepakowywała więc swoją troskę w barwy jakichkolwiek innych emocji, które miała akurat pod ręką. — Co to zmienia, że tylko kilku? — przykryła od razu moment słabości rozdrażnieniem. — Nic nikomu nie zamierzasz zwracać. Nie potrzebujesz tego. — Zbliżyła się do Leviathana, chowając różdżkę.
W świecie prostych dylematów i oszczędnych refleksji Helloise, jeśli ktoś umierał, najwyraźniej albo zasłużył, albo sam tego chciał, ewentualnie taki wydano na niego wyrok boski. Bywało to przykre, lecz nie powinno się nad martwymi za dużo roztrząsać. W jej świecie każdy mógł więc umierać, jeśli takie miał życzenie lub tak mu się przydarzyło. Wierność tej zasadzie podpowiadała jej, że jeśli Leviathan Rowle chciał ryzykować życie, aby palić Londyn, miał do tego swoje święte prawo.
W praktyce — mimo że wrócił cały — nawiedzało ją w ostatnich dniach irracjonalne widmo strachu przynoszące krótkie sekwencje wizji, w których poległ. Świadomość tego, że znalazł się na froncie śmiertelnej walki, że mógł umrzeć, łapała ją w przypadkowych momentach za gardło, aby po kilku sekundach rozpłynąć się pod naciskiem faktów: nic się nie stało.
Ale mogło.
I co z tego?
— To nie miało nic wspólnego z Czarnym Panem — poprawiła go. — Nic. — Znalazła się podejrzanie blisko niego. — Jeśli jednak chce to docenić, jest jeden… jeden… jeden sposób. Dobre serduszka? Może innych zwyczajnie nie interesuje ta wojna? — Tak blisko, że podstęp nie był nawet podstępem. Po prostu sprawdzała, jak daleko pozwoli jej zajść. Czy zatrzyma ją przed tym, jak wsunie mu rękę do kieszeni, czy dopiero gdy będzie próbowała ją wyciągnąć. Spróbowała. — Oddaj mi go — syknęła nieustępliwie.
dotknij trawy