— Swojego czasu miałem reputację — wyjaśnił zaskakująco wprost córce Vakela, skąd mogła pochodzić niechęć jej ojca do tego patronatu, pomimo że było to oczywiście wierutne kłamstwo, na swój sposób. — A niestety wielu mecenasów uważa, że finansując czyjąś działalność artystyczną, mają również prawo do wdzięków podopiecznego.
Realia o których wspomniał, były prawdziwe, tak w wielu miejscach kończyły się kariery niektórych, zgniecione pod obcasem gwałcicieli i bogaczy molestujących biednych twórców. Lyssa była chroniona przed tym nazwiskiem swojego ojca i przede wszystkim jego majątkiem. W przypadku Morpheusa zaś fakt, że była dzieckiem miłości jego życia sprawiał, że zamiast szukać atrakcyjności jej fizjonomii, zastanawiał się nad absolutnie niedorzeczną myślą: czy wyglądałaby dużo inaczej, gdyby była nie tylko Vakela, ale również jego.
— Również miałbym swoje obawy na temat twojego wejścia w społeczność artystów gdybyś była moją córką — wyłożył w pokrętny sposób na głos dziwaczne melodie swojego umysłu, ukrywając je skrzętnie pod moją, zamiast naszą.
Pokiwał głową, zainteresowany jej odpowiedzią na temat procesu twórczego, ale zanim to nastąpiło, nachylił się w stronę Jonathana, tak aby poza ich trójką nikt nie mógł dostatecznie zapuścić żurawia i usłyszeć co mówi.
— Nie bądź mną zawiedziony przyjacielu, ale... Nie wiem. Nie zwracałem na nią uwagi, nie tak na prawdę.