11.10.2025, 00:55 ✶
Ceolsige...
Smród pomieszczenia był dotkliwy i wprawiał cię w dyskomfort, ale nie był to jeszcze poziom, który zmusiłby cię do wyjścia. To pomieszczenie było po prostu nieprzyjemnie... brudne. Już teraz wiedziałaś, że odór zacieków będzie się za tobą ciągnął – zupełnie tak, jakby ktoś chciał cię oznaczyć. Żeby ten dotkliwy zapach stał się częścią ciebie. Na nic zdawały się tutaj twoje umiejętności: nie znalazłaś w tym brudzie ani run, ani śladów drutu czy trybików. Była jedynie paskudna klątwa niekojarząca ci się z niczym głębszym niż dowcipem. To było tak, jakby ćwierć Londynu wdepnęła w psie gówno, bo tak zażyczył sobie Lord Voldemort – i już zdążyłaś się trochę sfrustrować tym ciągiem myśli, wszak nigdzie nie doszukiwałaś się nawiązań do tego, co wydarzyło się podczas Spalonej Nocy, póki wertując wiadomości zebrane w głowie, nie zahaczyłaś o prawo czarodziejskie i zakazane techniki.
Istniał jeszcze jeden odór, który przyklejał się do włosów, ubrań, języka, myśli... Odór spalenizny duszy – smród przyklejający się do tych parających się czarną magią. I może nie wpadłaś na to, jak się z tym uporać, ani nie mogłaś rzucić żadnej ciekawostki z opasłego tomiszcza o historii magii, ale takie coś cię naszło: ależ to by była dobra przykrywka dla czarnoksiężnika. „Dlaczego pan tak śmierdzi popiołem” nie musiało już wiązać się z niezręcznym „a bo wie pan... uzależnienie, nie mogę rzucić od lat”. Istniała nowa odpowiedź: „pamiętasz tę felerną noc? Moje mieszkanie do tej pory cuchnie”. Londyn pokryła siatka dziesiątek idealnych przykrywek czarnoksiężników.
Lazarusie...
Próba wymazania tychże zabrudzeń za pomocą rozpraszającej je magii, w pierwszej chwili wydawała się skuteczna. Dotknięcie powierzchni zabrudzenia smugą magii z czubka twojej różdżki zadziałało na zacieki tak, jak mydło działało na krople oleju rozproszone po powierzchni wody. Cokolwiek zalęgło się w mieszkaniu, rozlazło się na boki, jakby chciało uciec przed dotykiem. Jakby chciało schować się przed tym, co mogło przynieść mu zgubienie... I w pierwszej chwili okazałeś słabość – dałeś się na tę sztuczkę nabrać. Wydawało ci się, że znalazłeś na to dobry sposób, jakby klątwę miało się dać zagonić w kozi róg i w ten sposób usunąć. Dopiero po kilkunastu długich sekundach zdałeś sobie sprawę z tego, że to draństwo z ciebie drwi. Tam, gdzie nie utrzymywałeś czaru, tam brud nawracał ze zdwojoną siłą.
Po minucie prób byłeś pewny dwóch rzeczy.
Po pierwsze – cuchnęło od ciebie, jakbyś wpadł do popiołu po ognisku. Po drugie – ale to była dosyć szalona myśl – gdybyś był wystarczająco zawzięty i wredny, być może udałoby ci się przegonić to coś do mieszkania sąsiada, tak jak uzdrowiciele przenosili klątwy na innych członków rodziny. Byłoby to z twojej strony wyjątkowo nieeleganckie, ale pozbyłbyś się problemu... Potrzebowałbyś jednak katalizatora. Jakiejś dobrze wykonanej świecy, albo amuletu...
Smród pomieszczenia był dotkliwy i wprawiał cię w dyskomfort, ale nie był to jeszcze poziom, który zmusiłby cię do wyjścia. To pomieszczenie było po prostu nieprzyjemnie... brudne. Już teraz wiedziałaś, że odór zacieków będzie się za tobą ciągnął – zupełnie tak, jakby ktoś chciał cię oznaczyć. Żeby ten dotkliwy zapach stał się częścią ciebie. Na nic zdawały się tutaj twoje umiejętności: nie znalazłaś w tym brudzie ani run, ani śladów drutu czy trybików. Była jedynie paskudna klątwa niekojarząca ci się z niczym głębszym niż dowcipem. To było tak, jakby ćwierć Londynu wdepnęła w psie gówno, bo tak zażyczył sobie Lord Voldemort – i już zdążyłaś się trochę sfrustrować tym ciągiem myśli, wszak nigdzie nie doszukiwałaś się nawiązań do tego, co wydarzyło się podczas Spalonej Nocy, póki wertując wiadomości zebrane w głowie, nie zahaczyłaś o prawo czarodziejskie i zakazane techniki.
Istniał jeszcze jeden odór, który przyklejał się do włosów, ubrań, języka, myśli... Odór spalenizny duszy – smród przyklejający się do tych parających się czarną magią. I może nie wpadłaś na to, jak się z tym uporać, ani nie mogłaś rzucić żadnej ciekawostki z opasłego tomiszcza o historii magii, ale takie coś cię naszło: ależ to by była dobra przykrywka dla czarnoksiężnika. „Dlaczego pan tak śmierdzi popiołem” nie musiało już wiązać się z niezręcznym „a bo wie pan... uzależnienie, nie mogę rzucić od lat”. Istniała nowa odpowiedź: „pamiętasz tę felerną noc? Moje mieszkanie do tej pory cuchnie”. Londyn pokryła siatka dziesiątek idealnych przykrywek czarnoksiężników.
Lazarusie...
Próba wymazania tychże zabrudzeń za pomocą rozpraszającej je magii, w pierwszej chwili wydawała się skuteczna. Dotknięcie powierzchni zabrudzenia smugą magii z czubka twojej różdżki zadziałało na zacieki tak, jak mydło działało na krople oleju rozproszone po powierzchni wody. Cokolwiek zalęgło się w mieszkaniu, rozlazło się na boki, jakby chciało uciec przed dotykiem. Jakby chciało schować się przed tym, co mogło przynieść mu zgubienie... I w pierwszej chwili okazałeś słabość – dałeś się na tę sztuczkę nabrać. Wydawało ci się, że znalazłeś na to dobry sposób, jakby klątwę miało się dać zagonić w kozi róg i w ten sposób usunąć. Dopiero po kilkunastu długich sekundach zdałeś sobie sprawę z tego, że to draństwo z ciebie drwi. Tam, gdzie nie utrzymywałeś czaru, tam brud nawracał ze zdwojoną siłą.
Po minucie prób byłeś pewny dwóch rzeczy.
Po pierwsze – cuchnęło od ciebie, jakbyś wpadł do popiołu po ognisku. Po drugie – ale to była dosyć szalona myśl – gdybyś był wystarczająco zawzięty i wredny, być może udałoby ci się przegonić to coś do mieszkania sąsiada, tak jak uzdrowiciele przenosili klątwy na innych członków rodziny. Byłoby to z twojej strony wyjątkowo nieeleganckie, ale pozbyłbyś się problemu... Potrzebowałbyś jednak katalizatora. Jakiejś dobrze wykonanej świecy, albo amuletu...