11.10.2025, 17:09 ✶
Nietrudno było zmusić ptaki do śpiewu — nie pomyślałaby, aby to negować. Piosenki należały do ptaków, i w tym Alexander miał słuszność. Stąd Helloise wywiodła swoje pytanie: czy ptaki będą chciały śpiewać uczciwie wróżby, gdy pogoniły je wystrzały? Przyroda bywała kapryśna, szczególnie gdy człowiek próbował wyrywać jej coś siłą. Helloise bywała kapryśna, złośliwa i mściwa. Dlaczego i ptaki nie miałyby mieć prawa zanucić złej wróżby tym, którzy burzyli ich spokój?
Nie do niej należało jednakże ingerowanie w ich wyroki wygłoszone ustami proroka. Pozwoliła jego słowom usiąść między nimi. Nie odpowiadała na nie, nie od razu.
Były rzeczy ludzkie — do tych szacunek miewała lub nie. Były rzeczy boskie — do tych uczuwała respekt, na ogół. Nie rozwijała dyskusji w czasie ceremonii, mimo że wyciąganie słów z Alexandra sprawiało jej wiele przyjemności i lubiła go słuchać. Może to było grzeszne, że wolałaby — zamiast słuchać kapłanów — aby Mulciber wciąż mówił do niej i tylko dla niej.
A może i nie grzeszyła. I on musiał być bowiem w jakiś sposób powołanym, skoro miał dostęp do wiedzy, której zwykłe oko nie dostrzegało.
Nie protestowała, gdy przytrzymał ją drżącą ręką. Nie szukała jego powodów. Ledwie to zauważyła. Kilkadziesiąt minut bierności zdążyło wbić ją w otępienie, z którego umysł wyswobadzał się niechętnie. Patrzyła na przekładane przez Alexandra kwiaty na swoich kolanach, a jej pochylona głowa kiwała się lekko. Tak jak wcześniej chciała przedłużyć moment ich rozmowy, tak teraz pragnęła, żeby moment ciszy się nie kończył. Lubiła chwile bezprzytomności i głębokiej modlitwy — może dlatego, że tak rzadko bywała nieświadoma; czas nocnego odpoczynku zwykle poświęcała eksterioryzacji, aktywnemu chłonięciu świata oczami ducha. Wyciszenie odnajdywała za dnia: w świątyniach i opium.
— Co przychodzi dobrowolnie… — odpowiedziała mu w końcu cicho i sennie, odnajdując pod palcami kuleczki jarzębin — można posiąść lepiej. Przemoc pozostawiam potrzebie. Zwykle jest gorzka i nie aż tak... satysfakcjonująca.
Nie była może myśliwym rozsmakowanym w pogoni i zapachu przerażonej zwierzyny, lecz dostrzegała rolę niższych ogniw w naturalnej hierarchii. Nie odmawiała sobie prawa do zaspokajania własnych potrzeb kosztem słabszych istot, nie czuła się z tego powodu źle, a jednocześnie dbała o to, aby nie brać więcej, niż to było konieczne — z szacunku do nich. Uważała to za właściwy porządek.
Dziecięce głosy przyciągnęły jej uwagę. Były wcale niedaleko — ledwie rząd przed nimi, Helloise widziała po skosie boki małych głów. Wymiana pomiędzy dzieciakami — a już szczególnie słowo liść — przywołała uśmiech na jej twarz. Z cichym chrupnięciem czarownica odłamała usztywniony liść od swojego kołnierza. Nie wstając z krzesła, pochyliła się w stronę psotników przez miejsce Alexandra, który siedział bliżej nich, a dla poprawienia równowagi wsparła się jedną ręką na jego kolanie.
— Dostałeś więc wzór — owionęła dzieci szeptem zza ich pleców — pewnego dnia możesz powołać tę nieistniejącą roślinę do życia.
Włożyła swój listek we włosy dziewczynki — teraz oboje mieli po jednym — po czym się wycofała.
Liść był prawdziwym klonowym liściem unieśmiertelnionym eliksirami — choć sztywny i błyszczący, wciąż był raczej delikatny. Być może nawet bardziej w tej formie, niż gdy usychał na drzwie: powleczony cienką warstewką ochronną niczym kryształem stracił całą elastyczność. Zaczerwieniony wzdłuż brzegów, wewnątrz przy żyłkach wciąż zielenił się wspomnieniem wiosny.
Nie do niej należało jednakże ingerowanie w ich wyroki wygłoszone ustami proroka. Pozwoliła jego słowom usiąść między nimi. Nie odpowiadała na nie, nie od razu.
Były rzeczy ludzkie — do tych szacunek miewała lub nie. Były rzeczy boskie — do tych uczuwała respekt, na ogół. Nie rozwijała dyskusji w czasie ceremonii, mimo że wyciąganie słów z Alexandra sprawiało jej wiele przyjemności i lubiła go słuchać. Może to było grzeszne, że wolałaby — zamiast słuchać kapłanów — aby Mulciber wciąż mówił do niej i tylko dla niej.
A może i nie grzeszyła. I on musiał być bowiem w jakiś sposób powołanym, skoro miał dostęp do wiedzy, której zwykłe oko nie dostrzegało.
Nie protestowała, gdy przytrzymał ją drżącą ręką. Nie szukała jego powodów. Ledwie to zauważyła. Kilkadziesiąt minut bierności zdążyło wbić ją w otępienie, z którego umysł wyswobadzał się niechętnie. Patrzyła na przekładane przez Alexandra kwiaty na swoich kolanach, a jej pochylona głowa kiwała się lekko. Tak jak wcześniej chciała przedłużyć moment ich rozmowy, tak teraz pragnęła, żeby moment ciszy się nie kończył. Lubiła chwile bezprzytomności i głębokiej modlitwy — może dlatego, że tak rzadko bywała nieświadoma; czas nocnego odpoczynku zwykle poświęcała eksterioryzacji, aktywnemu chłonięciu świata oczami ducha. Wyciszenie odnajdywała za dnia: w świątyniach i opium.
— Co przychodzi dobrowolnie… — odpowiedziała mu w końcu cicho i sennie, odnajdując pod palcami kuleczki jarzębin — można posiąść lepiej. Przemoc pozostawiam potrzebie. Zwykle jest gorzka i nie aż tak... satysfakcjonująca.
Nie była może myśliwym rozsmakowanym w pogoni i zapachu przerażonej zwierzyny, lecz dostrzegała rolę niższych ogniw w naturalnej hierarchii. Nie odmawiała sobie prawa do zaspokajania własnych potrzeb kosztem słabszych istot, nie czuła się z tego powodu źle, a jednocześnie dbała o to, aby nie brać więcej, niż to było konieczne — z szacunku do nich. Uważała to za właściwy porządek.
Dziecięce głosy przyciągnęły jej uwagę. Były wcale niedaleko — ledwie rząd przed nimi, Helloise widziała po skosie boki małych głów. Wymiana pomiędzy dzieciakami — a już szczególnie słowo liść — przywołała uśmiech na jej twarz. Z cichym chrupnięciem czarownica odłamała usztywniony liść od swojego kołnierza. Nie wstając z krzesła, pochyliła się w stronę psotników przez miejsce Alexandra, który siedział bliżej nich, a dla poprawienia równowagi wsparła się jedną ręką na jego kolanie.
— Dostałeś więc wzór — owionęła dzieci szeptem zza ich pleców — pewnego dnia możesz powołać tę nieistniejącą roślinę do życia.
Włożyła swój listek we włosy dziewczynki — teraz oboje mieli po jednym — po czym się wycofała.
Liść był prawdziwym klonowym liściem unieśmiertelnionym eliksirami — choć sztywny i błyszczący, wciąż był raczej delikatny. Być może nawet bardziej w tej formie, niż gdy usychał na drzwie: powleczony cienką warstewką ochronną niczym kryształem stracił całą elastyczność. Zaczerwieniony wzdłuż brzegów, wewnątrz przy żyłkach wciąż zielenił się wspomnieniem wiosny.
dotknij trawy