12.10.2025, 00:15 ✶
Pamięć o śmierci wcale nie wprawiała go w lęk. W wilgotnej ciemności wytężał wzrok i spowalniał ruchy, by badać niewiadome, dotrzeć do tajemnicy kamienia filozoficznego nie dla przedłużenia swoich własnych lat, a dla benefitu tych, którzy na to zasługiwali; słowa miały to do siebie, że były równie względne, co czas, koncepty rozpościerały się horyzontalnie, przesuwały po nieskończoności osi nie mogąc wytrzymać ametamorficzności samotnego przekonania jednych ust.
Wsunął dłonie w kieszenie, głównie z braku konceptu, co innego mógłby z nimi zrobić.
- Jesteś głodny? - pytanie definitywnie dotyczyło krwi, choć w ich aktualnej rozmowie zabrzmiało podniosłą metaforą. Wszyscy byli głodni, ci najedzeni nie zadawali ciekawych pytań, rozkoszując się w cieple ignorancji.
William do życia podchodził podobnie jak przed laty, z paroma zmianami, których na tak wczesnym etapie rozmowy jeszcze nie zawitały w jego umyśle. Strach rozkładał na czynniki pierwsze, nie akceptował go w podstawowej naturalności emocji, zresztą podobnie jak każde inne odczucie. Moralność traktował jako podpowiedź, nieobowiązkową poradę, kierunek, który w każdym momencie mógł zmienić; prawo, którego z moralnością nie należało stawiać na równi, również było dla niego konceptem tak samo ludzkim, jak każda inna część systemu, a co ludzkie, to zmienne. Ciekawość była jego motywacją, jak każdy naukowiec, zatapiał się w nieodgadnionym, łamiąc podstawy ustanowionego - czy tym zdobył sympatię starego stworzenia, osoby, człowieka? Podsumowując, jeżeli miałby komuś podać rękę, byłby to i Gabriel, i przechodzący obok mugol, Ministra Magii, bezdomny, zdrajca krwi, śmierciożerca, Fortinbras Malfoy, ale też sama śmierć.
Nie dowiedział się, co takiego było powodem utraty iskry, frywolności i zadowolenia. Niemo pogodził się z tym faktem, w ten sam sposób przystając na propozycję spaceru.
- Ludzie na spacerach zachowują się całkiem inaczej, zwłaszcza w parkach i ogrodach. Natura, choć nie na wszystkich, ma pewien wpływ, wymaga ogłady swoim autorytetem. Na ulicach mogą szaleć, w knajpach okładać się stołkami po głowach w rytm ciężkich basów źle nagłośnionej muzyki, a tutaj? Co najwyżej znajdą kogoś dogorywającego w krzakach, z dwojga złego, wolę trupy, przynajmniej milczą - nie wiedział jeszcze jak poradzić sobie z uciechą, jaką sprawiała mu ta rozmowa, z nowością lub starą iskrą, którą jego ciemnoniebieskie oczy przyjęły z ulgą, znajdując wreszcie swe powołanie, odwracając się od przerażającej pustki. Nie poruszył tematu czystości krwi czy magii, nie były to tematy, którymi zaprzątał sobie głowę. Patrząc na ludzi, tych władających magią jak i tych pozbawionych tej umiejętności, widział ciała, które prędzej czy później znajdą się na jego stole, czy innego antropologa bądź zakładu pogrzebowego. W oczach śmierci wszyscy byli równi... no, prawie; czy to dlatego rozmowy z Gabrielem były tak intrygujące? Jego inność, nieśmiertelność przyciągała Williama bardziej niż zapach jaśminu, ale czyż nie tak wampiry właśnie przyszpilały swe ofiary? Cóż, jak już umierać to przynajmniej ukontentowanym.
- Nie choroba, małżeństwo - wypalił, zdając sobie sprawę, że na pewno słyszał taką wypowiedź od jakiegoś podstarzałego mężczyzny w jednej z kawiarni. Skrzywił się mimowolnie - I wszystko co z nim związane, tak myślę. Rozwód, może? Nie jestem dobrym materiałem na męża, na kochanka. Do miłości się nie nadaję, chyba że ktoś lubi trójkąty, ja, ta osoba i moje badania - nie miał pojęcia jak rozmawiać o takich rzeczach, tak więc unikał kontaktu wzrokowego. Minęli prostokątne poletko róż podpisanych 'Cheshire', ich pomarańczowe płatki uginały łodygi, sprawiały, że niegdyś uśmiechające się w stronę słońca, okrągłe kwiecia, podumierały powoli.
Wsunął dłonie w kieszenie, głównie z braku konceptu, co innego mógłby z nimi zrobić.
- Jesteś głodny? - pytanie definitywnie dotyczyło krwi, choć w ich aktualnej rozmowie zabrzmiało podniosłą metaforą. Wszyscy byli głodni, ci najedzeni nie zadawali ciekawych pytań, rozkoszując się w cieple ignorancji.
William do życia podchodził podobnie jak przed laty, z paroma zmianami, których na tak wczesnym etapie rozmowy jeszcze nie zawitały w jego umyśle. Strach rozkładał na czynniki pierwsze, nie akceptował go w podstawowej naturalności emocji, zresztą podobnie jak każde inne odczucie. Moralność traktował jako podpowiedź, nieobowiązkową poradę, kierunek, który w każdym momencie mógł zmienić; prawo, którego z moralnością nie należało stawiać na równi, również było dla niego konceptem tak samo ludzkim, jak każda inna część systemu, a co ludzkie, to zmienne. Ciekawość była jego motywacją, jak każdy naukowiec, zatapiał się w nieodgadnionym, łamiąc podstawy ustanowionego - czy tym zdobył sympatię starego stworzenia, osoby, człowieka? Podsumowując, jeżeli miałby komuś podać rękę, byłby to i Gabriel, i przechodzący obok mugol, Ministra Magii, bezdomny, zdrajca krwi, śmierciożerca, Fortinbras Malfoy, ale też sama śmierć.
Nie dowiedział się, co takiego było powodem utraty iskry, frywolności i zadowolenia. Niemo pogodził się z tym faktem, w ten sam sposób przystając na propozycję spaceru.
- Ludzie na spacerach zachowują się całkiem inaczej, zwłaszcza w parkach i ogrodach. Natura, choć nie na wszystkich, ma pewien wpływ, wymaga ogłady swoim autorytetem. Na ulicach mogą szaleć, w knajpach okładać się stołkami po głowach w rytm ciężkich basów źle nagłośnionej muzyki, a tutaj? Co najwyżej znajdą kogoś dogorywającego w krzakach, z dwojga złego, wolę trupy, przynajmniej milczą - nie wiedział jeszcze jak poradzić sobie z uciechą, jaką sprawiała mu ta rozmowa, z nowością lub starą iskrą, którą jego ciemnoniebieskie oczy przyjęły z ulgą, znajdując wreszcie swe powołanie, odwracając się od przerażającej pustki. Nie poruszył tematu czystości krwi czy magii, nie były to tematy, którymi zaprzątał sobie głowę. Patrząc na ludzi, tych władających magią jak i tych pozbawionych tej umiejętności, widział ciała, które prędzej czy później znajdą się na jego stole, czy innego antropologa bądź zakładu pogrzebowego. W oczach śmierci wszyscy byli równi... no, prawie; czy to dlatego rozmowy z Gabrielem były tak intrygujące? Jego inność, nieśmiertelność przyciągała Williama bardziej niż zapach jaśminu, ale czyż nie tak wampiry właśnie przyszpilały swe ofiary? Cóż, jak już umierać to przynajmniej ukontentowanym.
- Nie choroba, małżeństwo - wypalił, zdając sobie sprawę, że na pewno słyszał taką wypowiedź od jakiegoś podstarzałego mężczyzny w jednej z kawiarni. Skrzywił się mimowolnie - I wszystko co z nim związane, tak myślę. Rozwód, może? Nie jestem dobrym materiałem na męża, na kochanka. Do miłości się nie nadaję, chyba że ktoś lubi trójkąty, ja, ta osoba i moje badania - nie miał pojęcia jak rozmawiać o takich rzeczach, tak więc unikał kontaktu wzrokowego. Minęli prostokątne poletko róż podpisanych 'Cheshire', ich pomarańczowe płatki uginały łodygi, sprawiały, że niegdyś uśmiechające się w stronę słońca, okrągłe kwiecia, podumierały powoli.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated