12.10.2025, 13:01 ✶
Gra pozorów, uśmiechów, uroczysz szeptów - drobnych, zdawałoby się przypadkowych gestów, które nigdy takimi nie były. Acz gry z nim miały ten dziwny posmak, który zostawał na końcu języka, kotłował się z tyłu głowy, gdy odbijali między sobą słowa, gesty, gdy niczym w tańcu przeplatali się w tej dziwnej grze. Bo On tańczył według wygranej przez nią muzyki, ale nie dawał jej prowadzić, wyrysowując własne dyktando. Nie zachowując się jak inni - podawał jej dłoń, acz nie tak jak winien. Sprawiał, że na tafli szkła pojawiały się pęknięcia.
Trwali tak, a Quirrell obserwowała jak czerwone smugi stają się coraz to bardziej blade, znikając, pozostawiając skórę czystą. A przecież mogliby użyć magii. Jedno zaklęcie, kilka wyszeptanych słów - a jednak siedzieli grzecznie, zamknięci w tej jakże niecodziennej scenie. Scenie, która kojarzyła się Mathildzie z kotami, gdyż te z niezwykłą dokładnością i czułością czyściły sobie wzajemnie futerka, okazując w tej sposób troskę. Zawiesiła się przez dłuższą chwilę w ów myśli.
Lubię cię, Tylka - Jej dłoń zastygła w bezruchu, a błękitne tęczówki zadrżały niebezpiecznie. Zacisnęła usta, czując jak obraz przed jej oczyma powoli zaczyna się szklić. Wzięła cichy, acz głęboki wdech. Było to dość nagłe, niespodziewane, a przecież musiała się uspokoić nim ten zdążyłby zauważyć.
Wolałbym tańczyć ten układ z tobą, niż z Laurettą.
Zamknęła ślepia, dając sobie chwilę na wyciszenie, powrót do ustawień fabrycznych. Odłożyła ściereczkę, przez moment przyglądając się jego plecom, bladej skórze, trwając tak przez chwilę w ciszy. Jej dłonie powoli przesunęły się po jego gładkiej skórze, obejmując go w pasie. Rozpalony policzek przywarł do jego pleców, a dziewczyna wtuliła się w niego mocno.
-To słodkie... - z jej ust wyrwał się rozczulony chichot. Krótki, acz dźwięczny i ciepły.
-Ja też Cię lubię, Hanni... - szepnęła, na powrót przymykając oczy. Skupiając się cieple, które od niego biło.
Nie lubiła go za to kim był, lecz za to jaki był. Bo to jaki był dawało dziwny, ciut niezrozumiały dla niej komfort, poczucie bezpieczeństwa, bycie zaopiekowanym. Coś co w wykonaniu Selwyna nie wybrzmiewało jak zwykła etykieta. Wiedziała, że mogła być to bzdurna iluzja czy chwilowa fascynacja chłopaka- zaraz mogła się znudzić jak zabawki, których pewnie za dzieciaka miał nazbyt wiele. Bo tak wyglądało życie takich jak On - i pozostawała jedynie niezbyt rozsądna, naiwna nadzieja, że może przyjdzie odegrać rolę tego jednego misia. Tego, który mimo upływu lat, skaz nabytych przez czas, wciąż dumnie spoczywał na honorowym miejscu. Ale przecież to głupie, prawda? Zabawne, irracjonalne i nazbyt naiwne.
Dziś ją lubił, jutro zaś minął się jak obcy, gdy przeminie ich data ważności. Ale dziś mogła wierzyć, że jutro nie nadejdzie.
-Kiedyś - rzuciła cichym, ciepłym głosem. Kiedyś nadejdzie taka chwila, taki moment, gdy zatańczą razem na starych teatralnych deskach, które w swej wieczności cichym skrzypem będą wystukiwały rytm wraz z nimi. Kiedyś, ale jeszcze nie dziś.
Lubiła chwilę takie jak ta, gdy byli sami, gdy Hanni nie zbierał atencji wszystkich dookoła, gdy nie błyszczał niczym gwiazda wieczoru, gdy jego wzrok zdawał się być skupiony tylko na niej, na niej i rzeczach drobnych. Gdy przedstawienie zwane życiem i grą pozorów zdawało się na moment ustać, a Oni w jednej z takiej chwil mogli odetchnąć.
-Musimy iść, prawda? - wyrwało jej się z ust westchnienie, zupełnie niechcący, ciut zmęczone, nieco zawiedzione. Powinna zaśmiać się cicho, puścić go i pośpieszyć, ale nie chciała. Chciała jeszcze przez chwilę pogrzać się w cieple, które biło od chłopaka. W końcu wypuściła go z rąk, wstając powoli.
Z jej ust wyrwał się cichy, nieco rozbawiony, a nieco zakłopotany chichot
-Musimy... wstawaj - machnęła delikatnie dłonią.
Trwali tak, a Quirrell obserwowała jak czerwone smugi stają się coraz to bardziej blade, znikając, pozostawiając skórę czystą. A przecież mogliby użyć magii. Jedno zaklęcie, kilka wyszeptanych słów - a jednak siedzieli grzecznie, zamknięci w tej jakże niecodziennej scenie. Scenie, która kojarzyła się Mathildzie z kotami, gdyż te z niezwykłą dokładnością i czułością czyściły sobie wzajemnie futerka, okazując w tej sposób troskę. Zawiesiła się przez dłuższą chwilę w ów myśli.
Lubię cię, Tylka - Jej dłoń zastygła w bezruchu, a błękitne tęczówki zadrżały niebezpiecznie. Zacisnęła usta, czując jak obraz przed jej oczyma powoli zaczyna się szklić. Wzięła cichy, acz głęboki wdech. Było to dość nagłe, niespodziewane, a przecież musiała się uspokoić nim ten zdążyłby zauważyć.
Wolałbym tańczyć ten układ z tobą, niż z Laurettą.
Zamknęła ślepia, dając sobie chwilę na wyciszenie, powrót do ustawień fabrycznych. Odłożyła ściereczkę, przez moment przyglądając się jego plecom, bladej skórze, trwając tak przez chwilę w ciszy. Jej dłonie powoli przesunęły się po jego gładkiej skórze, obejmując go w pasie. Rozpalony policzek przywarł do jego pleców, a dziewczyna wtuliła się w niego mocno.
-To słodkie... - z jej ust wyrwał się rozczulony chichot. Krótki, acz dźwięczny i ciepły.
-Ja też Cię lubię, Hanni... - szepnęła, na powrót przymykając oczy. Skupiając się cieple, które od niego biło.
Nie lubiła go za to kim był, lecz za to jaki był. Bo to jaki był dawało dziwny, ciut niezrozumiały dla niej komfort, poczucie bezpieczeństwa, bycie zaopiekowanym. Coś co w wykonaniu Selwyna nie wybrzmiewało jak zwykła etykieta. Wiedziała, że mogła być to bzdurna iluzja czy chwilowa fascynacja chłopaka- zaraz mogła się znudzić jak zabawki, których pewnie za dzieciaka miał nazbyt wiele. Bo tak wyglądało życie takich jak On - i pozostawała jedynie niezbyt rozsądna, naiwna nadzieja, że może przyjdzie odegrać rolę tego jednego misia. Tego, który mimo upływu lat, skaz nabytych przez czas, wciąż dumnie spoczywał na honorowym miejscu. Ale przecież to głupie, prawda? Zabawne, irracjonalne i nazbyt naiwne.
Dziś ją lubił, jutro zaś minął się jak obcy, gdy przeminie ich data ważności. Ale dziś mogła wierzyć, że jutro nie nadejdzie.
-Kiedyś - rzuciła cichym, ciepłym głosem. Kiedyś nadejdzie taka chwila, taki moment, gdy zatańczą razem na starych teatralnych deskach, które w swej wieczności cichym skrzypem będą wystukiwały rytm wraz z nimi. Kiedyś, ale jeszcze nie dziś.
Lubiła chwilę takie jak ta, gdy byli sami, gdy Hanni nie zbierał atencji wszystkich dookoła, gdy nie błyszczał niczym gwiazda wieczoru, gdy jego wzrok zdawał się być skupiony tylko na niej, na niej i rzeczach drobnych. Gdy przedstawienie zwane życiem i grą pozorów zdawało się na moment ustać, a Oni w jednej z takiej chwil mogli odetchnąć.
-Musimy iść, prawda? - wyrwało jej się z ust westchnienie, zupełnie niechcący, ciut zmęczone, nieco zawiedzione. Powinna zaśmiać się cicho, puścić go i pośpieszyć, ale nie chciała. Chciała jeszcze przez chwilę pogrzać się w cieple, które biło od chłopaka. W końcu wypuściła go z rąk, wstając powoli.
Z jej ust wyrwał się cichy, nieco rozbawiony, a nieco zakłopotany chichot
-Musimy... wstawaj - machnęła delikatnie dłonią.