12.10.2025, 15:11 ✶
- A co ja, krowa żeby trawą się żywić? - tak jak on nie wiedział, czym jest burak, tak ona nie wiedziała, czym jest owa macza. Słyszała kiedyś o Macza Pikczy, czy innej piczy, ale podejrzewała że to jakiś rodzaj budowli, wzniesiony na cześć brzoskwiń. I pewnie dalej by mu pyskowała, gdyby nie podjął rękawicy, a ich wspólna utyskiwanie zeszło na biednego Alexandra. Charlotte zachichotała. Ramiona zadrżały, a dłoń odruchowo uniosła się do ust, bo przecież NIE WYPADAŁO śmiać się z własnej rodziny, ale tutaj trafił Borgin na Mulcibera, który miał wyjątkowo źle pod kopułą. - Gdyby dostał katarku, to ciężko byłoby mu rozkładać te karty, prawda. Zasmarkany Błazen, ciekawe jak by zinterpretował tę kartę?
Nieco przychylniej spojrzała na Stanleya, a gdy ten pożalił się, że nawet do niego Alexander nie przyszedł, cmoknęła z rozczarowaniem i pokręciła głową.
- Może w tym Ministerstwie języki wyrywają i to dlatego? - jej twarz nieco się rozluźniła. Mierzyła przez chwilę mężczyznę wzrokiem, gdy tak pierdolił o tych główkach. Chwilę jej zajęło skojarzenie tej metafory (a może i nie metafory? W końcu Borginy miały pełno suszonych łbów), w końcu więc kiwnęła głową i znowu sięgnęła pod ladę. Tym razem jednak wyciągnęła nie słoik, a pudełko. Metalowe, niewielkie, niebieskie w żółte gwiazdki. Siłowała się chwilę z otwarciem, ale w końcu puszeczka stała przed nimi otworem. - Weź nawet trzy, jak chcesz, bo mizernie wyglądasz. Fajki zabijają apetyt, jeszcze schudniesz i Alexander uczepi się ciebie, że taki chudziutki jesteś i trzeba cię utuczyć, bo żadna panna na ciebie nie spojrzy. Słowo daję, niby to nie mój ojciec, ale żarty i teksty ma zdecydowanie tatusiowskie.
Sama wyciągnęła ciasteczko w kształcie gwiazdki, a puszkę postawiła na ladzie i podsunęła w stronę Stanleya. Czy weźmie, czy nie - nie były zatrute, bo sama właśnie odgryzła jedno ramię gwiazdki. Gwiazdki dla gwiazdki - mieć znajomości to nie tylko bujać się z Fontaine, ale także cukiernikami.
- A więc Borgin, tak? Poznałam po suszonych główkach. Trzymamy się umowy, nie wchodzimy wam w paradę - mruknęła, najpierw przełykając ciacho. Może i była jaka była, ale nie mówiła z pełnymi ustami. - Ciepło i wilgoć źle robią na meble, a tych mamy sporo. Wolę też, jak jest chłodniej. Hartuję ciało czy coś. No, weź, nie jest zatrute, sama jem.
Milczała chwilę, wlepiając srebrne oczy w Staszka. Żuła ciastko dokładnie, nie wiedząc co w sumie może powiedzieć, żeby przekazał Alexandrowi. Bo przecież pierdol się nie wchodziło w grę. Była w końcu grzeczną dziewczynką.
- Jak go spotkasz czy tam będziesz do niego pisać, możesz mu powiedzieć, że jest zajebiście. Ale nie wiem o co chodzi z tym rozsądkiem. Domyślam się, ale jak coś nie jest powiedziane wprost, to może się... Ugryźć w nos - albo w dupę. Co to w ogóle znaczy: przemówić jej do rozsądku? Że niby Borgin miałby jej mówić, że Nokturn to nie miejsce dla niej? Dobre sobie.
Nieco przychylniej spojrzała na Stanleya, a gdy ten pożalił się, że nawet do niego Alexander nie przyszedł, cmoknęła z rozczarowaniem i pokręciła głową.
- Może w tym Ministerstwie języki wyrywają i to dlatego? - jej twarz nieco się rozluźniła. Mierzyła przez chwilę mężczyznę wzrokiem, gdy tak pierdolił o tych główkach. Chwilę jej zajęło skojarzenie tej metafory (a może i nie metafory? W końcu Borginy miały pełno suszonych łbów), w końcu więc kiwnęła głową i znowu sięgnęła pod ladę. Tym razem jednak wyciągnęła nie słoik, a pudełko. Metalowe, niewielkie, niebieskie w żółte gwiazdki. Siłowała się chwilę z otwarciem, ale w końcu puszeczka stała przed nimi otworem. - Weź nawet trzy, jak chcesz, bo mizernie wyglądasz. Fajki zabijają apetyt, jeszcze schudniesz i Alexander uczepi się ciebie, że taki chudziutki jesteś i trzeba cię utuczyć, bo żadna panna na ciebie nie spojrzy. Słowo daję, niby to nie mój ojciec, ale żarty i teksty ma zdecydowanie tatusiowskie.
Sama wyciągnęła ciasteczko w kształcie gwiazdki, a puszkę postawiła na ladzie i podsunęła w stronę Stanleya. Czy weźmie, czy nie - nie były zatrute, bo sama właśnie odgryzła jedno ramię gwiazdki. Gwiazdki dla gwiazdki - mieć znajomości to nie tylko bujać się z Fontaine, ale także cukiernikami.
- A więc Borgin, tak? Poznałam po suszonych główkach. Trzymamy się umowy, nie wchodzimy wam w paradę - mruknęła, najpierw przełykając ciacho. Może i była jaka była, ale nie mówiła z pełnymi ustami. - Ciepło i wilgoć źle robią na meble, a tych mamy sporo. Wolę też, jak jest chłodniej. Hartuję ciało czy coś. No, weź, nie jest zatrute, sama jem.
Milczała chwilę, wlepiając srebrne oczy w Staszka. Żuła ciastko dokładnie, nie wiedząc co w sumie może powiedzieć, żeby przekazał Alexandrowi. Bo przecież pierdol się nie wchodziło w grę. Była w końcu grzeczną dziewczynką.
- Jak go spotkasz czy tam będziesz do niego pisać, możesz mu powiedzieć, że jest zajebiście. Ale nie wiem o co chodzi z tym rozsądkiem. Domyślam się, ale jak coś nie jest powiedziane wprost, to może się... Ugryźć w nos - albo w dupę. Co to w ogóle znaczy: przemówić jej do rozsądku? Że niby Borgin miałby jej mówić, że Nokturn to nie miejsce dla niej? Dobre sobie.