12.10.2025, 15:35 ✶
– Aurorzy będą mieli pełne ręce roboty, huh?
Oczywiście, że nie czuł się częścią planu ratunkowego. Dolohov czuł się częścią planu spakowania maksymalnie jednej walizki i opuszczenia Londynu w dokładnie tej sekundzie, w której Prawa Czasu nie będą już bezpieczne. Czy był do tego miejsca przywiązany? Tak. Czy miał w sobie jakąś potrzebę chronienia go przez zniknięciem z mapy Londynu? Oczywiście. Tylko, że... na pewno nie zamierzał robić tego do ostatniej kropli krwi. Był naukowcem, a nie wojownikiem. Poza tym życie miało większą wartość niż budynek, nawet jeżeli krył w sobie tak wiele tomiszczy naukowych, że kolekcji Vasilija powstydziłaby się niejedna biblioteka i niewątpliwie warto byłoby te przedmioty zachować.
Aurorzy.
Nie Niewymowni.
– Nie wiem czy chcę wiedzieć, dlaczego brzmisz jakbyś chciał gasić ten ogień własnym butem, a jednocześnie tak, jakbyś poddawał już całe miasto. – Uniósł brew, spoglądając na niego przedziwnie. Kiedy z umysłu zniknęła matematyka, zaczęły wracać do niego emocje. Już nie te natrętnie stęsknione, każące mu wpleść palce w te przepiękne loki i przesunąć nimi w dół, żeby poczuć szorstkość siwiejącej brody. Powróciły te gorsze – bo wpierw pomyślał, że mógłby mu zaproponować schowanie się gdzieś wspólnie, a potem do niego dotarły potencjalne odpowiedzi. Miał rodzinę. Musiał zobaczyć, czy któreś z jego bratanków nie wpakowało się w kłopoty. A co jeśli Warownia wybuchnie i rozbiegną się wszystkie psy?
Wszystko było ważniejsze od niego!
I nagle wysunięta do niego ręka była czymś zwiastującym rychłe rozstanie.
Sam nie widział czego oczekiwał. Przy Morpheusie ciężko mu było oddzielić marzenia i fantazje bujającego w obłokach nastolatka od realnych, rzeczywistych planów na działanie. Przyłapywał się na nierozsądnym pragnieniu podniesienia tej chusty z jego twarzy i złożenia pocałunku na spierzchniętych ustach póki jeszcze mógł to zrobić, a jednocześnie chciał stąd po prostu odejść i zapomnieć. Kiedyś przyjdzie mu umrzeć i z jakiegoś powodu miał wrażenie, że Morpheus odegra w tej śmierci jakąś rolę.
– Zaufam ci – powiedział, ofiarowując mu swoją dłoń i zadzierając podbródek – że wiesz jak trafić na miejsce. Te chmury przysłoniły moje ulubione gwiazdy – właściwie to zza gęstych chmur nie dało się dojrzeć już nic – ale nie twoją, co?
W jego głowie zabrzmiało to tak desperacko, że podziękował wszechświatowi za to jak szybko po tym po pomieszczeniu poniósł się świst teleportacji.
Oczywiście, że nie czuł się częścią planu ratunkowego. Dolohov czuł się częścią planu spakowania maksymalnie jednej walizki i opuszczenia Londynu w dokładnie tej sekundzie, w której Prawa Czasu nie będą już bezpieczne. Czy był do tego miejsca przywiązany? Tak. Czy miał w sobie jakąś potrzebę chronienia go przez zniknięciem z mapy Londynu? Oczywiście. Tylko, że... na pewno nie zamierzał robić tego do ostatniej kropli krwi. Był naukowcem, a nie wojownikiem. Poza tym życie miało większą wartość niż budynek, nawet jeżeli krył w sobie tak wiele tomiszczy naukowych, że kolekcji Vasilija powstydziłaby się niejedna biblioteka i niewątpliwie warto byłoby te przedmioty zachować.
Aurorzy.
Nie Niewymowni.
– Nie wiem czy chcę wiedzieć, dlaczego brzmisz jakbyś chciał gasić ten ogień własnym butem, a jednocześnie tak, jakbyś poddawał już całe miasto. – Uniósł brew, spoglądając na niego przedziwnie. Kiedy z umysłu zniknęła matematyka, zaczęły wracać do niego emocje. Już nie te natrętnie stęsknione, każące mu wpleść palce w te przepiękne loki i przesunąć nimi w dół, żeby poczuć szorstkość siwiejącej brody. Powróciły te gorsze – bo wpierw pomyślał, że mógłby mu zaproponować schowanie się gdzieś wspólnie, a potem do niego dotarły potencjalne odpowiedzi. Miał rodzinę. Musiał zobaczyć, czy któreś z jego bratanków nie wpakowało się w kłopoty. A co jeśli Warownia wybuchnie i rozbiegną się wszystkie psy?
Wszystko było ważniejsze od niego!
I nagle wysunięta do niego ręka była czymś zwiastującym rychłe rozstanie.
Sam nie widział czego oczekiwał. Przy Morpheusie ciężko mu było oddzielić marzenia i fantazje bujającego w obłokach nastolatka od realnych, rzeczywistych planów na działanie. Przyłapywał się na nierozsądnym pragnieniu podniesienia tej chusty z jego twarzy i złożenia pocałunku na spierzchniętych ustach póki jeszcze mógł to zrobić, a jednocześnie chciał stąd po prostu odejść i zapomnieć. Kiedyś przyjdzie mu umrzeć i z jakiegoś powodu miał wrażenie, że Morpheus odegra w tej śmierci jakąś rolę.
– Zaufam ci – powiedział, ofiarowując mu swoją dłoń i zadzierając podbródek – że wiesz jak trafić na miejsce. Te chmury przysłoniły moje ulubione gwiazdy – właściwie to zza gęstych chmur nie dało się dojrzeć już nic – ale nie twoją, co?
W jego głowie zabrzmiało to tak desperacko, że podziękował wszechświatowi za to jak szybko po tym po pomieszczeniu poniósł się świst teleportacji.
Koniec sesji
with all due respect, which is none