12.10.2025, 15:53 ✶
Charlotte uważała, że w tym świecie ludzie mieli dar do zaglądania w przyszłość - mogła śmiać się z Alexandra, ale nie z samego wróżbiarstwa. W jej drzewku rodzinnym przewijał się np. taki Dolohov, nie z krwi, a przez małżeństwo z Mulciberówną, więc byłaby głupia, gdyby nie wierzyła - szczególnie samej mając dar aurowidzenia - w trzecie oko. Swoją drogą cholernie kusiło ją, żeby odczytać aurę Borgina i pewnie byłaby to zrobiła, gdyby nie wysprzęglił się z tych suszonych makówek. Ze względu na podobieństwo w pracy dwóch antykwariatów, wolała nie wkurwiać nikogo z takim nazwiskiem. Wspaniałomyślnie więc się powstrzymała.
Czy w ogóle docierało do niej, że Stanley na poważnie mógł jej grozić? Raczej nie - czuła się pewnie dzięki ochronie Madame Fontaine, więc nie zamierzała tego typu słów traktować poważnie. Bo kim był ten cały typek, który przed nią stał? Borginowskim pieskiem na usługach Mulcibera. Trochę przykre.
- Dzięki, doceniam - a gówno prawda, ale przynajmniej więcej słodyczy dla niej. - A, więc ty z tych? Spoko, nie oceniam, też wolę facetów. Z babami same kłopoty.
Wyszczerzyła zęby w zadziornym uśmiechu, bo wiadomo że nie o to mu chodziło, ale zanim mogła się powstrzymać, to zaczepne słowa same wypłynęły z jej ust. Kolejne słowa o Alexandrze zbyła wzruszeniem ramion. Cośtam słyszała o jego ślubach, o czymśtam jeszcze, ale w zasadzie to nawet tego nie czytała, bo guzik ją obchodziło co robił, dopóki trzymał nos w swoich kartach. Ale to, żeby mu odpisała, było dobrym pomysłem. Kartkę mu wyśle, najlepiej jakąś wkurwiającą. Wydęła usta w zamyśleniu, na chwilę ignorując paplaninę Stanleya, bo już myślała, jaki odcień różu konfetti wybierze.
- Myślenie stereotypami jest nieeleganckie - mówiła to bez przekonania, bo sama również poruszała się w świecie stereotypów i im ulegała. Na ten przykład uważała, że Stanley szczekał dużo, jak te małe pieski, które wystarczy podrapać za uchem, żeby zamerdały ogonkiem. - Możesz przestać silić się na groźby. Myślisz że nie słyszałam gorszych?
Ale dobrze, niech mu będzie i obsikuje teren, skoro to tyle dla niego znaczyło. Uścisnęła jego dłoń (le wcześniej kulturalnie otrzepała rączki, niczym prawdziwa dama), lecz na jej własnej prawicy dało się zauważyć srebrną wysypkę, której jeszcze kilka chwil temu nie było. Gdy cofnęła rękę, odruchowo podrapała się po rumieniu. To spotkanie było dziwne i może i miała dumnie uniesioną głową i odpowiadała mu jak równemu, ale było stresujące - a gdy pojawiał się stres, choroba dawała o sobie znać.
- CHARLOTTE Mulciber. Tak, znalazłeś mnie, trudno nie było, za dużo nas na Nokturnie się nie panoszy. Wiesz, co mówi Alexander? Że to nie wypada, i wszyscy go słuchają, więc równie dobrze mogłeś zapytać na ulicy, to by ci powiedzieli jak wyglądam i jak mam na imię - schowała dłonie za plecami, lecz ruchy jej ramion zdradzały, że się drapie. Jakby wszy miała. - Chcesz mi pomóc zrobić dla niego kartkę, skoro tak się martwi? Będziesz miał z głowy swój list.
Wyparowała nagle, nie bardzo wiedząc, co więcej ma mu powiedzieć. Miło było cię poznać, twarz podobna do nikogo, jak wpadnę na ciebie na ulicy, to nie zapamiętam ale miło, że zostawiłeś mi ciasteczka?
Czy w ogóle docierało do niej, że Stanley na poważnie mógł jej grozić? Raczej nie - czuła się pewnie dzięki ochronie Madame Fontaine, więc nie zamierzała tego typu słów traktować poważnie. Bo kim był ten cały typek, który przed nią stał? Borginowskim pieskiem na usługach Mulcibera. Trochę przykre.
- Dzięki, doceniam - a gówno prawda, ale przynajmniej więcej słodyczy dla niej. - A, więc ty z tych? Spoko, nie oceniam, też wolę facetów. Z babami same kłopoty.
Wyszczerzyła zęby w zadziornym uśmiechu, bo wiadomo że nie o to mu chodziło, ale zanim mogła się powstrzymać, to zaczepne słowa same wypłynęły z jej ust. Kolejne słowa o Alexandrze zbyła wzruszeniem ramion. Cośtam słyszała o jego ślubach, o czymśtam jeszcze, ale w zasadzie to nawet tego nie czytała, bo guzik ją obchodziło co robił, dopóki trzymał nos w swoich kartach. Ale to, żeby mu odpisała, było dobrym pomysłem. Kartkę mu wyśle, najlepiej jakąś wkurwiającą. Wydęła usta w zamyśleniu, na chwilę ignorując paplaninę Stanleya, bo już myślała, jaki odcień różu konfetti wybierze.
- Myślenie stereotypami jest nieeleganckie - mówiła to bez przekonania, bo sama również poruszała się w świecie stereotypów i im ulegała. Na ten przykład uważała, że Stanley szczekał dużo, jak te małe pieski, które wystarczy podrapać za uchem, żeby zamerdały ogonkiem. - Możesz przestać silić się na groźby. Myślisz że nie słyszałam gorszych?
Ale dobrze, niech mu będzie i obsikuje teren, skoro to tyle dla niego znaczyło. Uścisnęła jego dłoń (le wcześniej kulturalnie otrzepała rączki, niczym prawdziwa dama), lecz na jej własnej prawicy dało się zauważyć srebrną wysypkę, której jeszcze kilka chwil temu nie było. Gdy cofnęła rękę, odruchowo podrapała się po rumieniu. To spotkanie było dziwne i może i miała dumnie uniesioną głową i odpowiadała mu jak równemu, ale było stresujące - a gdy pojawiał się stres, choroba dawała o sobie znać.
- CHARLOTTE Mulciber. Tak, znalazłeś mnie, trudno nie było, za dużo nas na Nokturnie się nie panoszy. Wiesz, co mówi Alexander? Że to nie wypada, i wszyscy go słuchają, więc równie dobrze mogłeś zapytać na ulicy, to by ci powiedzieli jak wyglądam i jak mam na imię - schowała dłonie za plecami, lecz ruchy jej ramion zdradzały, że się drapie. Jakby wszy miała. - Chcesz mi pomóc zrobić dla niego kartkę, skoro tak się martwi? Będziesz miał z głowy swój list.
Wyparowała nagle, nie bardzo wiedząc, co więcej ma mu powiedzieć. Miło było cię poznać, twarz podobna do nikogo, jak wpadnę na ciebie na ulicy, to nie zapamiętam ale miło, że zostawiłeś mi ciasteczka?