12.10.2025, 20:48 ✶
Bycie mecenaską, kustoszką i ogólnie pracownicą galerii sztuki, szczególnie tak wielkiej, musiało być bardziej niż męczące. Astorię Rodolphus znał jeszcze ze szkoły: starsza, z dobrym nazwiskiem, ciętym językiem, z tego samego domu. Avery od wieków mieli powiązanie ze sztuką, tak więc gdy na którymś z balów, na który zaciągnęła go wtedy Bellatrix, usłyszał że Astoria rozpoczęła pracę w OdNowie: wcale się nie zdziwił. Zdziwiłby się, gdyby obrała inną ścieżkę kariery. Tak już było w ich świecie - byli programowani od małego, kierunkowani na wzmacnianie najlepszych cech, które posiadali. O ile mieli szczęście, oczywiście, bo nie było powiedziane, że bogaci rodzice nie postanowią zmienić swojego potomstwa tak, by ulepić je na swoje prawdopodobieństwo. Z Astorią było jednak trochę tak, jak z nim samym: gdy wykazali pewne zdolności, popchnięto ich w dobrym kierunku. Czy nagięli przy tym ich wolę? Tego nie wiedział, nie rozmawiał z Avery aż tak długo. A jego? Cóż... Owszem, lecz sam tego nie dostrzegał.
Zdziwił się jednak, gdy to ona go powitała. Nie zamierzał kryć zaskoczenia, brwi uniosły się lekko, gdy dostrzegł znajomą sylwetkę i usłyszał znajomy głos. Nie spodziewał się, że to akurat Astoria Avery będzie tą, z którą będzie rozmawiać. Podejrzewałby raczej kogoś mniej... zajętego.
- Astorio. Miło cię widzieć - wstał, zanim wypowiedział te słowa. Kącik ust drgnął w uśmiechu, który jednak oczu nie sięgnął. Być może nie zdążył, bo Avery już się odwróciła, a być może kłamał, bo wcale nie miał ochoty na spotkanie z nią. Sam do końca nie wiedział, jak bardzo się zmieniła jego "koleżanka". On przeszedł przemianę bardziej wewnętrzną, niż zewnętrzną, bo po opuszczeniu Hogwartu koszule i czarne marynarki na stałe zawitały w jego garderobie. Pod koniec lata umarł wewnętrznie by narodzić się na nowo, ale nie było tam miejsca na uczucia, chociaż te obijały się o ścianki jego serca, bo nie dało się ich stłumić. Jeszcze nie. Ruszył za kobietą, polecając gestem ręki, by tragarze udali się za nim. Stukot jej obcasów niósł się echem po korytarzach OdNowy, lecz Lestrange nie zwracał uwagi na wystrój. Nie rozglądał się z ciekawością, jego wzrok nie skakał po ścianach - był utkwiony w plecach (i tylko plecach!) kobiety, prowadzącej go korytarzami do gabinetu. Gdy weszli do środka, z zadowoleniem omiótł pomieszczenie spojrzeniem. Porządek, brak kurzu i wszystkie elementy, które tworzyły spójną, harmonijną całość - to było coś, co kochał i co sprawiało, że jego umysł się wyciszał. Niepotrzebny był do tego obraz, który wisiał na ścianie: wystarczała czystość, chociaż zapach typowy dla obrazów przyćmiewał ten pergaminu, który kochał najbardziej.
- Potrzebuję fachowej ekspertyzy, a nie znam bardziej zaufanego źródła, niż galeria OdNowa - powiedział bez ogródek, siadając w fotelu naprzeciwko kobiety. Zabębnił palcami o podłokietnik, gdy słyszał jak za jego plecami mężczyźni ustawiają ostrożnie obrazy, a potem znikają za drzwiami. - Jeden z obrazów pragnę podarować galerii w zamian za pomoc, niezależnie od kwoty, którą będę musiał zapłacić. Jako gest... Pojednania.
Rozszerzył nieco usta w uśmiechu, bo to pojednanie było czymś, czego nie planował. Ale skoro już trafiło na Astorię, to czemu nie?
- Drugi jest dla mojej matki z okazji Mabon. Jak zapewne wiesz, Astorio, mimo korzeni Lestrange'ów, mój umysł nigdy nie pojmował sztuki i emocji, które się z nią wiążą. Zamówione dzieła zostały ponoć namalowane przez Adolfa Zieglera - powiedział, kładąc nieco większy nacisk na "ponoć". - Chciałbym przypieczętować ich autentyczność.
Zdziwił się jednak, gdy to ona go powitała. Nie zamierzał kryć zaskoczenia, brwi uniosły się lekko, gdy dostrzegł znajomą sylwetkę i usłyszał znajomy głos. Nie spodziewał się, że to akurat Astoria Avery będzie tą, z którą będzie rozmawiać. Podejrzewałby raczej kogoś mniej... zajętego.
- Astorio. Miło cię widzieć - wstał, zanim wypowiedział te słowa. Kącik ust drgnął w uśmiechu, który jednak oczu nie sięgnął. Być może nie zdążył, bo Avery już się odwróciła, a być może kłamał, bo wcale nie miał ochoty na spotkanie z nią. Sam do końca nie wiedział, jak bardzo się zmieniła jego "koleżanka". On przeszedł przemianę bardziej wewnętrzną, niż zewnętrzną, bo po opuszczeniu Hogwartu koszule i czarne marynarki na stałe zawitały w jego garderobie. Pod koniec lata umarł wewnętrznie by narodzić się na nowo, ale nie było tam miejsca na uczucia, chociaż te obijały się o ścianki jego serca, bo nie dało się ich stłumić. Jeszcze nie. Ruszył za kobietą, polecając gestem ręki, by tragarze udali się za nim. Stukot jej obcasów niósł się echem po korytarzach OdNowy, lecz Lestrange nie zwracał uwagi na wystrój. Nie rozglądał się z ciekawością, jego wzrok nie skakał po ścianach - był utkwiony w plecach (i tylko plecach!) kobiety, prowadzącej go korytarzami do gabinetu. Gdy weszli do środka, z zadowoleniem omiótł pomieszczenie spojrzeniem. Porządek, brak kurzu i wszystkie elementy, które tworzyły spójną, harmonijną całość - to było coś, co kochał i co sprawiało, że jego umysł się wyciszał. Niepotrzebny był do tego obraz, który wisiał na ścianie: wystarczała czystość, chociaż zapach typowy dla obrazów przyćmiewał ten pergaminu, który kochał najbardziej.
- Potrzebuję fachowej ekspertyzy, a nie znam bardziej zaufanego źródła, niż galeria OdNowa - powiedział bez ogródek, siadając w fotelu naprzeciwko kobiety. Zabębnił palcami o podłokietnik, gdy słyszał jak za jego plecami mężczyźni ustawiają ostrożnie obrazy, a potem znikają za drzwiami. - Jeden z obrazów pragnę podarować galerii w zamian za pomoc, niezależnie od kwoty, którą będę musiał zapłacić. Jako gest... Pojednania.
Rozszerzył nieco usta w uśmiechu, bo to pojednanie było czymś, czego nie planował. Ale skoro już trafiło na Astorię, to czemu nie?
- Drugi jest dla mojej matki z okazji Mabon. Jak zapewne wiesz, Astorio, mimo korzeni Lestrange'ów, mój umysł nigdy nie pojmował sztuki i emocji, które się z nią wiążą. Zamówione dzieła zostały ponoć namalowane przez Adolfa Zieglera - powiedział, kładąc nieco większy nacisk na "ponoć". - Chciałbym przypieczętować ich autentyczność.