12.10.2025, 21:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2025, 21:37 przez Hannibal Selwyn.)
Hannibal wyprostował się, jak zawsze, kiedy czuł na sobie pełne podziwu spojrzenia i puścił oczko do dziewczyny o szczególnie bezmyślnym w tej chwili wyrazie twarzy.
- Wiecie, moje panie, nigdy nie zajmowałem się łapaniem gęsi, obawiam się, że więcej ze mnie będzie pośmiewiska, niż pożytku!
Nie chciał tego robić.
Bał się cholernego ptaszyska, do którego Mona zdawała się pałać sympatią - miał nadzieję, że to nie z powodu upokorzenia, jakie mu zafundowało! To dziobnięcie naprawdę bolało i był pewien, że pozostawi siniaka. Co jak uszczypnie go ponownie? Albo kopnie? Przecież mówiło się “A niech to gęś kopnie”, prawda? Coś w tym musiało być!
Ale z drugiej strony… Szczęście w miłości, powiedziała jedna z dziewcząt, to było miłe. Ich pokładane w nim nadzieje były miłe. I może gdyby złapał tego całego Zygfryda, starłby z twarzy kuzynki ten rozbawiony uśmiech!
- Wyczuwa strach, tak? - zapytał buńczucznie - To się chyba pomyliłeś, koleżko, bo trzeba więcej, niż dużego ptaka, żeby mnie przestraszyć!
Udał, że wcale się nie boi: wypiął pierś, jak przystało na bohatera, spojrzał bez strachu w niewielkie, bez wątpienia wkurzone ptasie oczko. Nowa rola: Hannibal Pogromca Gąsiorów. Pasowała, jak ulał.
- Zajdźcie go od tyłu, żeby nie mógł uciec! - zakomenderował, jak prawdziwy dowódca - Ja przeprowadzę frontalny atak! Mona, uhh… - już chciał rzucić coś o wsparciu magicznym, ale przecież byli w towarzystwie mugoli. To Mona powinna łapać tego dziada, ona zna się na zwierzakach. Teraz jednak było już za późno, podjął się misji i musiał ją doprowadzić do końca, jeżeli nie chciał się zbłaźnić przed swoją pięcioosobową widownią. Poza tym... to była sprawa honoru! Spojrzał więc kobiecie w oczy, śmiertelnie poważny i powiedział, przyciskając pięść do klatki piersiowej w dramatycznym geście:
- Gdybym poległ w walce… zanieś wieść o mym bohaterstwie do domu.
Wiejskie dziewczęta przez chwilę jeszcze stały, jak zaczarowane, wlepiając w niego cudownie błyszczące oczy, a potem, kiedy dał rozkaz "Do ataku!" rozproszyły się, obiegły Zygfryda szerokim łukiem i - trochę chichocząc - faktycznie odcięły mu drogę odwrotu. Hannibal zdjął z szyi szal, rozpostarł go w dłoniach i - starając się sprawiać wrażenie większego i groźniejszego, niż był - ruszył do natarcia, nie dając gąsiorowi - ani sobie - czasu do namysłu.
Ptak zagęgał ze złością, ale wyraźnie zwątpił na widok zdecydowania chłopaka. Zawrócił, ale tam napotkał swą właścicielkę wraz z koleżankami. Hannibal tylko na to czekał - ledwo groźny ptasi dziób został zastąpiony przez miękki, puchowy kuper, rzucił się na zwierzynę.
Ktoś pisnął, ktoś krzyknął. Hannibal nie miał pojęcia o łapaniu drobiu, ale był szybki i miał doskonałą równowagę. Przygniótł Zygfryda sobą i nakrył jego łeb swoim szalem. Czuł, jak szamocze się pod nim - silny i teraz już naprawdę zagniewany, wydając z siebie przeraźliwe syki. Nie miał jednak szans - czarodziej objął kolanami jego boki, a miękki materiał uniemożliwiał dalsze ataki.
Nagonka przypadła do głównego myśliwego, wznosząc radosne okrzyki. Dwie dziewczyny pomogły wstać Selwynowi, kolejne dwie przejęły gąsiora - podejrzanie sprawnie, aż dziwne było, że do jego złapania potrzebowały pomocy mężczyzny. Hannibal z zadowoleniem stwierdził, że nawet się specjalnie nie ubłocił, choć w którymś momencie musiał podeprzeć się kolanem o ziemię. Wciąż lepiej, niż Jonathan - pomyślał z rozbawieniem.
Stanął twarzą w twarz z pojmanym Zygfrydem, wzburzonym, syczącym wściekle, ale już obezwładnionym. Powiódł zwycięskim wzrokiem po zarumienionych twarzach ślicznotek, a na końcu spojrzał z dumą na Monę.
- Bohaterom chyba należy się toast, co? - oznajmił - Albo przynajmniej ciepła herbata!
Teraz nawet Mona nie powinna mu skąpić nagrody!
- Wiecie, moje panie, nigdy nie zajmowałem się łapaniem gęsi, obawiam się, że więcej ze mnie będzie pośmiewiska, niż pożytku!
Nie chciał tego robić.
Bał się cholernego ptaszyska, do którego Mona zdawała się pałać sympatią - miał nadzieję, że to nie z powodu upokorzenia, jakie mu zafundowało! To dziobnięcie naprawdę bolało i był pewien, że pozostawi siniaka. Co jak uszczypnie go ponownie? Albo kopnie? Przecież mówiło się “A niech to gęś kopnie”, prawda? Coś w tym musiało być!
Ale z drugiej strony… Szczęście w miłości, powiedziała jedna z dziewcząt, to było miłe. Ich pokładane w nim nadzieje były miłe. I może gdyby złapał tego całego Zygfryda, starłby z twarzy kuzynki ten rozbawiony uśmiech!
- Wyczuwa strach, tak? - zapytał buńczucznie - To się chyba pomyliłeś, koleżko, bo trzeba więcej, niż dużego ptaka, żeby mnie przestraszyć!
Udał, że wcale się nie boi: wypiął pierś, jak przystało na bohatera, spojrzał bez strachu w niewielkie, bez wątpienia wkurzone ptasie oczko. Nowa rola: Hannibal Pogromca Gąsiorów. Pasowała, jak ulał.
- Zajdźcie go od tyłu, żeby nie mógł uciec! - zakomenderował, jak prawdziwy dowódca - Ja przeprowadzę frontalny atak! Mona, uhh… - już chciał rzucić coś o wsparciu magicznym, ale przecież byli w towarzystwie mugoli. To Mona powinna łapać tego dziada, ona zna się na zwierzakach. Teraz jednak było już za późno, podjął się misji i musiał ją doprowadzić do końca, jeżeli nie chciał się zbłaźnić przed swoją pięcioosobową widownią. Poza tym... to była sprawa honoru! Spojrzał więc kobiecie w oczy, śmiertelnie poważny i powiedział, przyciskając pięść do klatki piersiowej w dramatycznym geście:
- Gdybym poległ w walce… zanieś wieść o mym bohaterstwie do domu.
Wiejskie dziewczęta przez chwilę jeszcze stały, jak zaczarowane, wlepiając w niego cudownie błyszczące oczy, a potem, kiedy dał rozkaz "Do ataku!" rozproszyły się, obiegły Zygfryda szerokim łukiem i - trochę chichocząc - faktycznie odcięły mu drogę odwrotu. Hannibal zdjął z szyi szal, rozpostarł go w dłoniach i - starając się sprawiać wrażenie większego i groźniejszego, niż był - ruszył do natarcia, nie dając gąsiorowi - ani sobie - czasu do namysłu.
Ptak zagęgał ze złością, ale wyraźnie zwątpił na widok zdecydowania chłopaka. Zawrócił, ale tam napotkał swą właścicielkę wraz z koleżankami. Hannibal tylko na to czekał - ledwo groźny ptasi dziób został zastąpiony przez miękki, puchowy kuper, rzucił się na zwierzynę.
Aktywność fizyczna - probuję złapać gąsiora Zygfryda
Rzut PO 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!
Ktoś pisnął, ktoś krzyknął. Hannibal nie miał pojęcia o łapaniu drobiu, ale był szybki i miał doskonałą równowagę. Przygniótł Zygfryda sobą i nakrył jego łeb swoim szalem. Czuł, jak szamocze się pod nim - silny i teraz już naprawdę zagniewany, wydając z siebie przeraźliwe syki. Nie miał jednak szans - czarodziej objął kolanami jego boki, a miękki materiał uniemożliwiał dalsze ataki.
Nagonka przypadła do głównego myśliwego, wznosząc radosne okrzyki. Dwie dziewczyny pomogły wstać Selwynowi, kolejne dwie przejęły gąsiora - podejrzanie sprawnie, aż dziwne było, że do jego złapania potrzebowały pomocy mężczyzny. Hannibal z zadowoleniem stwierdził, że nawet się specjalnie nie ubłocił, choć w którymś momencie musiał podeprzeć się kolanem o ziemię. Wciąż lepiej, niż Jonathan - pomyślał z rozbawieniem.
Stanął twarzą w twarz z pojmanym Zygfrydem, wzburzonym, syczącym wściekle, ale już obezwładnionym. Powiódł zwycięskim wzrokiem po zarumienionych twarzach ślicznotek, a na końcu spojrzał z dumą na Monę.
- Bohaterom chyba należy się toast, co? - oznajmił - Albo przynajmniej ciepła herbata!
Teraz nawet Mona nie powinna mu skąpić nagrody!