14.10.2025, 06:39 ✶
Lazarus, owszem, oddychał - nawet o wiele łatwiej, od kiedy zaczął przyjmować przepisany przez Odysseusa eliksir na kaszel. Był również zaintrygowany, cóż takiego może chcieć mu pokazać psychiatra, choć miał pewne podejrzenia. Po Spalonej Nocy Odys przyjmował pacjentów w wynajętym gabinecie. I… pachniał inaczej.
Lovegood zdawał sobie doskonale sprawę, jak dziwnie to mogło zabrzmieć, ale Odysseusa faktycznie zwykle otaczał charakterystyczny zapach, trochę świeży, a trochę chemiczny. Ostatnimi czasy jednak dołączyła do tego silna, aż nazbyt znajoma nuta spalenizny.
A teraz zaprosił swego pacjenta, klątwołamacza, do mieszkania.
Fawley musiał borykać się z podobną klątwą, co sam Lazarus.
List co prawda przyszedł 21 września, ale tego dnia Lovegood pracował do późna, a następnego było Mabon. Poza tym, jak sądził, skoro Odysseus tak długo wytrzymał z klątwą w mieszkaniu, dzień czy dwa zwłoki nie powinny być problemem. W końcu nie napisał “przyjdź jak najszybciej”.
W dzień po Mabon jednak, wyplątawszy się z obowiązków rodzinnych, wstąpił do siebie po swój przybornik i - mając nadzieję, że nie zdążył przesiąknąć zapachem czarnej magii - ruszył do niemagicznego Londynu, gdzie znajdowało się mieszkanie Fawleya.
Na widok Odysseusa poczuł jednak ukłucie poczucia winy. Uzdrowiciel nigdy nie był okazem zdrowia, ze swoją ziemistą cerą i grobową miną (choć czy Lazarus, niezdrowo szczupły, często noszący na twarzy ślady nieprzespanej nocy, miał prawo go osądzać?), ale tego dnia wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle.
- Punktualniejsza, ale jakoś nie spieszy się po ciebie. Co się stało? - zapytał, lustrując psychiatrę wzrokiem i również nie bawiąc się w powitalne formułki.
Wtedy uderzył go smród, do którego zdążył się co prawda przyzwyczaić u siebie, ale tutaj, w całkiem mugolskim otoczeniu, wydawał się jeszcze bardziej nie na miejscu. Lovegood skrzywił się lekko.
- Czy sąsiedzi nie napisali na ciebie jeszcze skargi do administracji? - odruchowo spojrzał na sufit w poszukiwaniu zacieków.
Lovegood zdawał sobie doskonale sprawę, jak dziwnie to mogło zabrzmieć, ale Odysseusa faktycznie zwykle otaczał charakterystyczny zapach, trochę świeży, a trochę chemiczny. Ostatnimi czasy jednak dołączyła do tego silna, aż nazbyt znajoma nuta spalenizny.
A teraz zaprosił swego pacjenta, klątwołamacza, do mieszkania.
Fawley musiał borykać się z podobną klątwą, co sam Lazarus.
List co prawda przyszedł 21 września, ale tego dnia Lovegood pracował do późna, a następnego było Mabon. Poza tym, jak sądził, skoro Odysseus tak długo wytrzymał z klątwą w mieszkaniu, dzień czy dwa zwłoki nie powinny być problemem. W końcu nie napisał “przyjdź jak najszybciej”.
W dzień po Mabon jednak, wyplątawszy się z obowiązków rodzinnych, wstąpił do siebie po swój przybornik i - mając nadzieję, że nie zdążył przesiąknąć zapachem czarnej magii - ruszył do niemagicznego Londynu, gdzie znajdowało się mieszkanie Fawleya.
Na widok Odysseusa poczuł jednak ukłucie poczucia winy. Uzdrowiciel nigdy nie był okazem zdrowia, ze swoją ziemistą cerą i grobową miną (choć czy Lazarus, niezdrowo szczupły, często noszący na twarzy ślady nieprzespanej nocy, miał prawo go osądzać?), ale tego dnia wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle.
- Punktualniejsza, ale jakoś nie spieszy się po ciebie. Co się stało? - zapytał, lustrując psychiatrę wzrokiem i również nie bawiąc się w powitalne formułki.
Wtedy uderzył go smród, do którego zdążył się co prawda przyzwyczaić u siebie, ale tutaj, w całkiem mugolskim otoczeniu, wydawał się jeszcze bardziej nie na miejscu. Lovegood skrzywił się lekko.
- Czy sąsiedzi nie napisali na ciebie jeszcze skargi do administracji? - odruchowo spojrzał na sufit w poszukiwaniu zacieków.