13.10.2025, 10:41 ✶
Był skołowany. Był oszłomiony jej gwałtowną reakcją. Sam nic nie słyszał, stety niestety, choć pewnie niewiele by to pomogło. Miał poczucie, że są sami. Że w całym kilkumilionowym mieście nie ma nikogo więcej. Huk pożaru go ogłuszał. Krzyki. Gwizdy. Świsty.
Chciał uratować tylko ją, ale sparaliżował go strach.
Wysmyknęła mu się z rąk i wiedział, z szeroko otworzonymi oczyma wpatrując się w krzyczącą ku niemu twarz, w potykającą się wciąż osłabioną od obrzydliwych czarnomagicznych praktyk dziewczynę, wiedział że ten widok stanie się jego koszmarem.
– Nie czekaj, nie możesz iść sama... – spróbował pobiec za nią, nagle jego imię wybrzmiało z zupełnie innej strony. Cedrik szybko! – znajomy głos detektywów do których dołączył, odwrócił się na moment w rozdarciu, w braku decyzyjności nieopierzonego brygadzisty, który zaczął pracę ledwie kilka miesięcy temu, by znaleźć się nagle i nieoczekiwanie w samym środku piekła. – Uważaj na... – urwał, bo gdzieś między dziejącym chaosem zniknęła mu z widoku. Jak duch, jak cień. Nawet nie spisał jej danych, ale kto jutro będzie patrzył na biurokrację, kto będzie w stanie uzupełniać raporty? Otarł brudnym rękawem twarz i zamiast pobiec jej szukać, jego kroki poprowadziły ku towarzyszom broni, którzy właśnie próbowali wyciągnąć starszego pana z pułapki na złodziei, w którą wpadł uciekając ze swojego zadymionego sklepu. I tak jak nigdy nie był zbyt religijny, tak teraz machinalnie wykonując polecenia bardziej doświadczonych i trzeźwych na umyśle stróży prawa, modlił się żarliwie o to, żeby jej droga do bezpiecznego miejsca była... bezpieczna. Gdziekolwiek to miejsce było. Jakiekolwiek nosiła imię.
Chciał uratować tylko ją, ale sparaliżował go strach.
Wysmyknęła mu się z rąk i wiedział, z szeroko otworzonymi oczyma wpatrując się w krzyczącą ku niemu twarz, w potykającą się wciąż osłabioną od obrzydliwych czarnomagicznych praktyk dziewczynę, wiedział że ten widok stanie się jego koszmarem.
– Nie czekaj, nie możesz iść sama... – spróbował pobiec za nią, nagle jego imię wybrzmiało z zupełnie innej strony. Cedrik szybko! – znajomy głos detektywów do których dołączył, odwrócił się na moment w rozdarciu, w braku decyzyjności nieopierzonego brygadzisty, który zaczął pracę ledwie kilka miesięcy temu, by znaleźć się nagle i nieoczekiwanie w samym środku piekła. – Uważaj na... – urwał, bo gdzieś między dziejącym chaosem zniknęła mu z widoku. Jak duch, jak cień. Nawet nie spisał jej danych, ale kto jutro będzie patrzył na biurokrację, kto będzie w stanie uzupełniać raporty? Otarł brudnym rękawem twarz i zamiast pobiec jej szukać, jego kroki poprowadziły ku towarzyszom broni, którzy właśnie próbowali wyciągnąć starszego pana z pułapki na złodziei, w którą wpadł uciekając ze swojego zadymionego sklepu. I tak jak nigdy nie był zbyt religijny, tak teraz machinalnie wykonując polecenia bardziej doświadczonych i trzeźwych na umyśle stróży prawa, modlił się żarliwie o to, żeby jej droga do bezpiecznego miejsca była... bezpieczna. Gdziekolwiek to miejsce było. Jakiekolwiek nosiła imię.